Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com  www.radoslawzubrycki.com   .www.blackwhitearchitecture.com

 

autor: Radoslaw Zubrycki – architekt, poeta, pisarz

 

 

[ Tekst opublikowany bez korekty edytorskiej ]

 

 

 

‘ Gdybym był Japończykiem ‘

 

 

Zastanawiam się czy można zostać Japończykiem na dwa tygodnie. Naturalnie Japończykiem jedynie przyszywanym. Te same ulice, to samo jedzenie; te same obrazy smaki i zapachy. Bo chociaż nie czuje tego co oni, nie mysle tak jak oni i nie zostałem tak jak oni wychowany , to jednak przemierzam ich ulice, z nimi, obok nich; wpatrzony w te same domy, wracający równie wieczorem do równie ciasnego pomieszczenia.

To nic, że jestem przejazdem; nie szkodzi, że nie rozumiem co do mnie mówią, w kontekście całości, jestem również Japończykiem, ja turysta, ciemna strona japońskiej duszy.

 

 

 

gdybym był Japończykiem..

 

 

Kiedy leci się samolotem 1000 km/h ciężko jest mówić o tym, że się podróżuje. Poruszanie się z taką prędkością to przemieszczanie się z punktu A do punktu B w dziurze czasowej, ale nie podróżowanie. Człowiek zamknięty w niedostępnej kapsule przenosi się w czasie i przestrzeni. Te trzynaście godzin lotu to czas wystarczający aby pozbawić człowieka wszelkich romantycznych wyobrażeń o wszystkim, tak o podróżowaniu, jak i o Japonii

           Już dawno stwierdziłem, że podróże samolotem odrealniają miejsca do których się podróżuje. Człowiek przemieszczając się o tysiące kilometrów w tak krótkim czasie, nie absorbuje odległości, nie odczuwa przestrzeni. Taka pół- podróż, podróż bez wrażeń, bez oczekiwania, bez ‘problemów’, zabiera przynajmniej połowę z oczekiwań o miejscu do którego zmierzamy. Nasze marzenia, obrazy które rodzą się pod wpływem czytania i oglądania relacji innych, zamiast rosnąć w miarę zbliżania się do celu, znikają, rozpryskują się w nierealnej formie podróży – locie samolotem z prędkością tysiąc kilometrów na godzinę.

 

 

07 07 Narita/ Tokyo / Japan

 

Jeszcze w Londynie czułem się fatalnie zestresowany. Zupełnie jakbym leciał pierwszy raz. Piłem piwo i zastanawiałem się, gdzie ja w zasadzie podążam, czy bardziej do swoich marzeń sprzed kilku lat, czy do obrazów z folderów turystycznych. Tych ostatnich nawet niewiele miałem okazje przeglądać. Przylot rozwiał wszelkie obawy i dziwnie nienaturalne lęki w pył. Wysiadłem spokojny, zorientowany na fakt, że jestem po drugiej stronie ziemi. Bez stresu przeszedłem przez lotnisko, zabrałem bagaż, a już przy wyjsciu wymyłem sobie głowę. Nie był to jednak znak ‘oczyszczenia’ po przybyciu do Japonii.

 

Zaczynamy. Szybko okazuje się, że w Japonii komunikacja nie sprawia problemu. W masie ludzi, w większości Japończyków po chwili staję się elementem pociągu. Wyglądam nieco inaczej, ale zachowuje się podobnie. Sprawdzam wagon, miejsce zarezerwowane, chwila, bagaż, siedzę podobnie jak wszyscy.

 

Pierwsze chwile wybijają z głowy ostatnie wyobrażenia o Japonii. Nowoczesność jest taka jak u nas, rzeczy wcale nie wyglądaja futurystycznie, a ludzie, współpasażerowie, mają szczerze ‘gdzies’, czy pochodzę z europy, z Azji, czy z Afryki.

Najgorsze, że za oknem pociągu pogoda jest zupełnie taka sama jak w Belfaście. Chmury wiszą nisko, sprawiając wrażenie, że zaraz będzie padać. Nie pada. Jeszcze nie pada. Ale zawsze może.

Zbliżamy się do Tokyo a we mnie coraz większa pustka. Cos co było marzeniem zaczyna krzyczeć, że nie tak miało to wyglądać. Jedziemy przez ulice pełne bloków, bloków takich samych jak na całym swiecie, szarych, monotonnych, ociężałych. Wpatrzony w monotonnie wielkiego miasta, probuje uswiadomić sobie odległość jaką przebyłem. Niestety nie mogę, nie czuję tego.

W swiecie, gdzie podróżować trzeba szybko, każda podróż traci. Spieszę się, bo mam wyliczone dni urlopu, ani jednego więcej bo nie mogę, ani jednego mniej, bo nie zdąże. Zamknięty w kilkunastodniowym kalendarzu marzeń, wybieram na krótsze rozwiązania, najprostsze drogi, ale nie są to te najlepsze. Okazuje się, że aby cos przeżyć, nie można się po prostu teleportować z punktu do punktu i oczekiwać, że mózg przyjmie informacje o nowym miejscu bezkrytycznie. Mój mózg nie przyjmuje takiej informacji. Podaje mu obrazy i dźwięki, ale on przetwarza je na obrazy które już zna – tworzy mi obrazy z Tokyo przyrównująć je do tych z Belfastu. Dołuję.

 

Komunikacja to zupełny nie problem. Przechodzimy przez trzy pociągi podążając za anglojęzycznymi nazwami. Kształty i kolory na niewielkich tabliczkach wskazują kierunek. Czerowne kółko, niebieskie kółko, czerwony kwadrat, niebieski słoń. Niewielkie grupki wysiadające z pociągów w piwnicach, scalają się na górnych poziomach w potężne ludzkie rzeki. Szybko dostrzegamy, że stajemy się czescią tej masy. Podążamy za znakami, nie oglądamy się za siebie. Lubię to. Przeraża mnie to. Chwilę później znów zjeżdżamy ruchomymi schodami w dół. Znów mniejszy potok, choć równie wartko wbija się na stację. To ja jeszcze? czy może kolejny z nich?

 

Asakusa, Tokyo

 

Hotel znajdujemy bez większego problemu. Informacje które zebrałem wczesniej działają bez zarzutu. Trochę mnie to dziwi, a trochę martwi, bo wydaje się, że podróżowanie nie może być takie proste. A jednak. Człowiek przemieszcza się spokojnie i zupełnie naturalnie. Dziesięć tysięcy kilometrów, mała mapka i już jestem w hotelu, który widziałem na obrazku w komputerze. Pyk! No problem, pustka.

Podążam wyznaczonym szlakiem i nie spotykam nic co wyrzucało by mnie z drogi. To niepokojąco idealne, smak przyszłości.

 

Zgodnie z przewidywaniem pokój ma wymiary wg najlepszych japońskich wzorów. Jest mały, niski, ciasny i klaustrofobiczny. Łazienka jest zaprojektowana według podobnych norm. Kiedy biorę prysznic zaczynam rozumieć, dlaczego japończycy w postawie stojącej wyrażają skromność. Stojąc w niewielkiej wanience ledwo znajduje miejsce aby wyciągnąć rękę i sięgnąć po szampon. Obracanie się nie jest możliwe. Zanim wyszedłem z prysznica przynajmniej dwa razy zaczepiłem o lampę pod sufitem. Raz obiłem się o umywalkę. A to wcale nie jest najtańszy hotel.

 

Wieczór trwa krótko. Za krótko. Kilka chwil na zewnątrz. Duszno powietrze przypomina to z Kuby; jest gęste. Na ulicach niewielki gwar, w zasadzie cisza przerywana odgłosem pojazdów, czasem szumem przejeżdżających rowerów. Cisza. To pierwsze odkrycie. W potężnym, międzynarodowym miescie jest cicho. Masa ludzi i pojazdów nie wydaje z siebie zbędnych dźwięków. Wszystko porusza się płynnie, jakby nieco ociężale. W kilkuset tysięcznym Belfaście wystarczy dwóch rozmawiających Irlandczyków aby było głosniej. Tu natomiast jest cicho, niezależnie od ilości ludzi na ulicach.

 

Okno w pokoju pozbawia możliwości kontaktu z otoczeniem. Jestem zdziwiony. Do tej pory widziałem to tylko na filmach. To okno wychodzi na ścianę następnego budynku. Wyciągam rękę i dotykam przeciwległej sciany. Już wiem, dlaczego pokój w widokiem na ulice był wyszczególniony w osobnej rubryce; za osobną cenę. Postaram się to zapamiętać jakbym kiedys jeszcze zamawiał hotele w Tokyo.

 

 

08 07  Tokyo / Japan

 

Samolot wyssał ze mnie świadomość odległości. Dostępność przestrzeni w dużym miescie, łatwość poruszania zwiększyły ten efekt. Budzę się zdruzgotany myslą, że jestem w Tokyo, ale nie czuję nic specjalnego. Wręcz przeciwnie, czuję jakbym w Tokyo nie był.

 

Wczoraj byliśmy w sklepie spożywczym kupić cos na kolacje. Nie mielismy jeszcze odwagi wejsc do jednej z tysięcy restauracji ulokowanych wzdłuż ulic. Niestety nie zawsze to co przypomina jedzenie, nadaje się do tego celu. Okazało się, ze tutaj wiele rzeczy nosi zapach morza, choć wyglądem przypomina zdatne do spożycia produkty. Dzisiaj już jestemy ostrożniejsi. Nie kupujemy kierując się wyglądem, ale staramy się odnaleźć substytuty tego co znamy. Nie jest tego wiele, ale ostatecznie nie jest tak źle.

 

Idziemy przed siebie starając się zobaczyć najpierw cos w okolicy w której mieszkamy. To fragment miasta, który wydaje się znajomy. Asakusa (Asakasa ). Jest to dzielnica różnorodności kulturowej. Mieszają się tutaj ludzie, kolory i jakości. Ale te zwyczajne, codziennie. To nie miejsce indywidualne, to dzielnica zbiorowa, żyjąca prostym codziennym życiem, fragmentami może przypominać Wrocław.

Nasz hotel jest przy samej bramie świątyni. Zaczynamy więc tam. Jest swięto i tłum ludzi przetacza się między jedną bramą a drugą. Pomiędzy tym wszystkim setki butików, sklepów z pamiątkami, straganów. Przeciskamy się z nimi, właściwie poruszamy się w żółwim tempie niesamowitości. Ja wciąż nie czuje, że jestem w Tokyo. To nierealne, zbyt realne.

Pod wielkimi świątynnymi schodami zjadamy bułki i kefirek. Smaczne mleko. Ciekawe czy biorą je od mechanicznych krów? To typowe chyba, że konsumpcja bułek i kefiru stała się elementem wspólnym dla wszystkich wyjazdów. Wokół nas dziki tłum ludzi, Japończyków.

 

Przechodzimy wokół świątyni, przyglądamy się chwilowym modlitwom, stanom całkowitego skupienia i zaraz potem powrotom ku straganom w poszukiwaniu szczęścia. Ludzie nie koniecznie są zainteresowani modlitwą samą w sobie. Na ceremonie wizyty w świątyni składa się raczej wszystko poza samą wizytą. Kończą zakupy, wchodzą, zapalają świeczkę, stoją kilka sekund, wychodzą, zaczynają zakupy. Mam wrażenie, jakby wielu z nich było tutaj po raz pierwszy.

 

Przeszlismy przez niewielki ogród, który na mapie wyglądał niczym park i przesuwamy w stronę waskich ulic pełnych sklepików. Po chwili dotyka nas mieszanina zapachów i kolorów. Mimo tego, że niebo jest zachmurzone, nie pada deszcz i możemy spokojnie wędrować. Po chwili już nie pamiętamy gdzie jestesmy. W gąszczu obrazów wnikamy coraz głębiej i głębiej. Chciałoby się krzyczeć i spadać. Ale nikt nie krzyczy, wszyscy tylko spadają.

 

Mijają minuty, kwadranse, tylko miasto nie mija. Trafiamy na ulice pełną lampionów. Kolorowe bibuły powiewają na wietrze, ale jeszcze większy tłum porusza się w obie strony. Wszystko zamykają wystawy sklepików i straganów. Bez zastanowienia wnikamy w ten klimat. Robię zdjęcia, ale one niewiele pokażą. Obraz jest ograniczony, wykadrowany, zamknięty. W tej mieszaninie wszystkiego czym tylko może być człowiek, można mówić jedynie o kontekście. Nie można zabrać obrazu, bez reszty, bez smaków, zapachów i widoku kilkuset ludzi z obu stron i mysli ‘ co by było gdyby nagle wybuchła w tym tłumie panika? ‘.

 

Jestem zaskoczony, że jestesmy praktycznie jedynymi turystami. Idziemy już ponad godzinę, mijajmy tysiące ludzi, ale wszyscy oni to Japończycy, można zaryzykować, że to mieszkańcy pobliskich domów. Wszyscy podobni, żadnych ekstrawagancji. A może ekstrawagancja tkwi w tym wszystkim naokoło. Może to cały ten festyn jest ekstrawagancją. Ludzie wydają się odpoczywać. Dzieci, zwierzęta, dorośli jak dzieci wpatrzeni w wystawy. Nikt nas nie zauważa, jestesmy, idziemy, ale nas nie ma. Ludzie nie zwracają na nas uwagi. Chociaż nie ma wokół innych europejczyków. Jestem po raz kolejny zaskoczony.

 

Ueno

 

Nie wiedząc nawet jak, docieramy do Ueno. Jest to duża stacja węzłowa dla shinkansenów, pociągów lokalnych i metra. Wszystkie mieszają się w setkach torów spadających z różnych stron miasta. Przed budynkiem panuje jednak duży spokój. Ludzi praktycznie nie widać.

Zatrzymujemy się na chwile aby poszukać mapy miasta. W dziwnych okolicznosciach zgubiliśmy wszystkie mapy i przewodniki. Nie wiem czy zostały w domu, czy wyciągnięte po drodze zostały na jakims stoliku. Pewnie zostały w Londynie przy okazji pakowania czegos w miejsce czegos.

 

Stoję na wiadukcie, wysoko ponad ulicami. Widzę platanie ulic, chodników, wiaduktów, traktów pociągów. Wszystko obudowane wysokimi budynkami. To jeszcze nie to czego się spodziewałem, ale już dużo więcej niż w Asakusie.

Tokyo zbudowane jest z fragmentów, jakby wznoszonych kwartałami. Widać jak czesc miasta jest zaprojektowana z namaszczeniem, a inne przykleją się jedynie do niej. Podobnie budynki. Niektóre kwartały zabudowane budynkami o podobnych gabarytach, pozostałe natomiast pogrążone w chaosie. Obok siebie, niewielka drewniana restauracja i niewiele szerszy dwudziestopiętrowy blok mieszkalny. Do tego chodniki na wysokosci czwartego pietra, ulice, autostrady, zjazdy. Jakby uporządkowany chaos. Kiedy się przyglądam bliżej, wszystko wydaje się mieć sens, wydaje się być na właściwym miejscu.

 

Stoję jakis czas oglądając tą harmonię komunikacji. Nie dostrzegam nic poza nią. Nie ma stanu niekomunikacji. Wszystko płynie. Ludzie, pojazdy, swiatła na ulicach. Wszystko wydaje się  być czescią struktury, struktury miasta.

 

Tokyo Station

 

Tokyo to miasto złożone z ludzi. Bez tego elementu wszystko przestanie działać i zawali się w niewielkim kataklizmie. Tokyo to miasto dla ludzi. Tutaj każdy człowiek cos znaczy, każdy człowiek musi cos znaczyć. Mijamy ludzi, którzy poruszają się w dobrze zaplanowanym kierunku. Każdy ruch, każdy człowiek porusza się dokładnie tam gdzie powinien, tylko tam. Nie ma niepotrzebnych ruchów. Nie ma niepotrzebnych osób.

Od pierwszego momentu mam wrażenie, że Tokyo ma cos w sobie z miasta idealnego, że jest miastem idealnym. Jakby nie było miejsca na pomyłki, jakby nie było miejsca na improwizacje. Od dyrektorów, menadżerów, poprzez szeregowych pracowników, aż po maszyny, wszystko zdaje się być w danym miejscu o precyzyjnie wyznaczonym czasie, ani wczesniej, ani później. Ludzie, może trochę jak maszyny nie interesują się drogą którą pokonują, oni się przemieszczają w milczeniu, oni pracują. Każdy krok każdego człowieka jest zaplanowany, przemyślany i wykonany.  Żadnych strat.

 

Nagle masa wieżowców ucina się jednym cięciem. Zaczyna się park i pałac cesarza. Szeroka aleja zamyka spokój ducha w kwadratową przestrzeń. Ale nawet tutaj, nie ma zbędnych elementów.

Chwilę zajmuje nam przyzwyczajenie się do tego, że na czerwonym świetle czeka się, nawet jeżeli nic nie jedzie. W centrum przy każdym skrzyżowaniu stoi porządkowy. Pilnują swoich niewielkich odcinków komunikacji z taką pieczołowitością i namaszczeniem, jakby pilnowali ważnego węzła autostrady. Każdy pieszy czeka więc na zielone światło, upominany czerwoną chorągiewką jeżeli wychyla się zbytnio w kierunku ulicy.

 

Pałac Cesarza odbija się zielonkawej wodzie w fosie. Delikatne łuki dachów wydają się drgać na wietrze, sprawiając wrażenie lżejszych i bardziej doniosłych niż są. Panuje tu jednak emocjonalna pustka, przynajmniej dla mnie. Tu jest więcej turystów, choć wciąż mniej niż Japończyków. Wydaje się, że nawet Japończycy są tutaj po raz pierwszy i wszyscy tak samo przyglądają się wszystkiemu z zaciekawieniem. Strażnicy przy bramach niewzruszeni stoją na baczność. Jest duszno, parno, wciąż nie pada.

Kręcimy się chwile wokół pałacu. Potężne kilkusetmetrowe pole drobnych kamieni po których nie da się chodzić. Dwa betonowe chodniki prowadzące do mostów przed bramami pałacu. Wszyscy stłoczeni na chodnikach, mijają się w ciszy. Raz na jakis czas, milczenie przerywa odgłos kamieni pod butami kogos kto zboczył z kursu. Poza tym spokój prawie idealny.

 

Chwilę przyglądamy się elewacji miasta. Budynki rosną wokół parku niczym drzewa. Wszystko wkomponowane w szarość dnia. Wciąż czekam na złote mysli, na słodkie Haiku ale nic nie przychodzi mi do głowy. Wydaje się, jakbym nie czuł tego miejsca, jakbym myslami był jeszcze wciąż gdzie indziej, albo po prostu gdzies indziej, nie tutaj.

 

Siadamy na chwile na ławce. Czekam. Staram się zrzucić z siebie wszystko co jest poza dzisiaj. Nie mogę. Rozczarowany wstaję. Idziemy dalej.

 

Dookoła pałacu kwitną budynki zagranicznych ambasad i konsulatów. Ulice są szerokie, pojazdów prawie nie widać, podobnie ludzi. Może dlatego, że jest dzień wolny, a może dlatego, że wszyscy pracują. Nie, to tylko wrażenie. Idziemy wgłąb ulicy i dostrzegamy pojedyncze osoby, potem nieco więcej. To chyba przez fakt, że na Ueno widzieliśmy dzikie tłumy, setki ludzi w jednym czasie przecinających halę dworca; setki w ciagu sekund, tysiące w ciagu minut.

Miasto zaczyna pochłaniać nas wieżowcami. Budynki rosną, od niskich i przysadzistych do prawdziwe wysokich, atrakcyjnych. Idziemy dalej, ponosi nas fantazja tego co możemy spotkać za rogiem. Mijamy ambasady i dochodzimy do ruchliwszej czesci miasta. Tutaj znów masy ludzi. Nie dostrzegamy ich jednak. Poruszamy się w fantazyjnym dryfowaniu miedzy budynkami. Każdy z nich wysoki, każdy z nich inny, warty zatrzymania wzroku.

Co jakis czas zza horyzontu wynurza się Tokyo Tower, najwyższy budynek w miescie. Nie jest jakos szczególnie wysoki, jeśli chodzi o swiatowe rekordy, nie jest również szczególnie atrakcyjny wizualnie. Ale kusi możliwością zobaczenia perspektywy miasta. Odruchowo podążamy w jego kierunku. To jednak co na mapie miasta wydaje się blisko w rzeczywistości jest kilkukilometrowym odcinkiem. Co chwila wydaje się, że jestemy już prawie, a po chwili odkrywamy, że to jeszcze kilka ulic.

 

Po godzinie stoimy po stalową budowlą podobną do wieży Eiffla, ale brzydszą i nie bardzie20j atrakcyjną. Miałem nadzieje, że może tutaj uda się nam spotkać zachodnich turystów. Niestety tutaj jest podobnie jak wszędzie tłum Japończyków. Są bardziej podekscytowani od nas: dorośli i dzieci.

 

Tokyo Tower

 

Nie wiem ile trzeba narodowej ambicji aby zbudować miasto które wygląda jak Tokyo? W końcu nie powstało ono z potrzeby, ale na przekór. W urbanistycznej perspektywie Tokyo jest gigantycznym kolosem. To co widać z wysokości 250m to masa szarych i szarokolorowych kloców, niższych i wyższych z naciskiem na te wyższe. Widać ulice wiadukty kolejek, trasy shinkansenów, stacje metra. Co jakis czas kwartały budynków wyciągnięte są nienaturalne w górę przyciągając oczy. Wszystko to zbudowane w ciągu pięćdziesięciu lat codziennej pracy.

Nie wiem czy będąc Japończykiem można zrozumieć sens wysiłku, który dla mnie jest jedynie obrazem, zdjęciem? Nie wiem czy będąc Japończykiem trzeba widzieć kiedykolwiek taki obraz, aby się motywować. Przypuszczam, że nie trzeba, a raczej jest to niewskazane. Będąc Japończykiem nie trzeba analizować swojej pracy i wyciągać wniosków. Będąc Japończykiem wystarczy wykonywać swój niewielki, ale ważny odcinek pracy; efekt Tokyo przyjdzie z czasem.

 

To miasto nie ma końca ani początku. Z każdej strony są elementy które chciałoby się zobaczyć. Z każdej strony jest jakis ciekawy element w perspektywie. Patrzę z niedowierzaniem, bo taki twór nie może być realny. Przychodzi pytanie po co rozwijają się miasta. Czy rozwijają się dla samego rozwoju?, czy może dla szczęścia swoich mieszkańców?

Przed przyjazdem miałem wrażenie, że Tokyo jest miastem jak wszystkie inne: atrakcyjne w całości, ale zupełnie bez jakości w detalu, z perspektywy pojedynczego człowieka.

Stoję jednak i widzę miasto idealne. Miasto idealne, dla idealnych ludzi. Może miasto dla nowego gatunku ludzi – dla ludzi miejskich. Tokyo jest przepiękną masą urbanistyczną, ale Tokyo jest przede wszystkim miastem o niesamowitej jakości detalu. Patrząc na nie z góry, wiem że każdy budynek jest czysty, że bez strachu można wejsc w każdą dosłownie ulicę, że nie ma smieci, nie ma zapomnianych fragmentów. Zbyt idealne? Tak, miasto przyszłości, gdzie mieszkańcy i miejsce zamieszkania w końcu osiągnęły kompromis. To ciekawe, ale europejczykom zostało jeszcze kilkaset lat, żeby to osiągnąć… jeżeli jest to w ogóle możliwe.

 

09 07  Tokyo / Japan

 

Shibuya

 

To co było wczorajszym szczytem mojego wyobrażenia o miescie, dzisiaj musiało zginąć pod naporem nowych wrażeń. Shibuya to dzielnica rozrywki w miescie rozrywki. To miejsce gdzie pasy dla pieszych biegną we wszystkich kierunkach, gdzie budynki to interaktywne reklamy i gdzie ludzie zjawiają się po aby się zjawić, aby się pokazać.

 

Jest rano. Pełny pociąg metra dobija do stacji i ludzie wysypują się. Ruchome schody prowadzą kilometrami w górę. W metrze, podobnie jak wszedzie dookoła panuje niesamowity porządek – niepisane zasady, których wszyscy przestrzegają. Ruchome schody, chodniki, ulice, wszystko jest podzielone na dwa pasy, jednym ludzie poruszają się wolniej, a tym obok szybciej. Rząd ludzi w garniturach stoi oparty o poręcz podnośnika, drugi rząd mija go idąc w biegu. Ludzie nie zatrzymują się w przejsciach, nie zatrzymują się w ogóle.

 

Pierwsze wrażenie jest takie jak powinno być. Wyjscie z metra na ulice daje taki odbiór wrażeń, jakiego spodziewa się człowiek przyjeżdżający do tego miejsca. Muzyka, obrazy i nieskończony potok ludzi i pojazdów we wszystkich kierunkach. Ta komiksowa wizja rzeczywistości jest własnie tutaj namacalna, jest do zobaczenia, do dotknięcia i zasmakowania. Dziwię się, że jeszcze nie przykryto tego fragmentu miasta szklaną kopułą.

 

Idziemy ulicą pełną wszystkiego. Bodźce są tak nachalne, że aż przyjemne. Nie sposób być obojętnym. Otoczenie jest jednak obojętne na nas. Wyróżniamy się z tłumu, wyróżniamy się w elewacji ulicy. Wyróżniamy się, ponieważ nie idziemy w jakims konkretnym kierunku. My plączemy się po ulicach obracając głowy na wszystkie strony. Wszyscy pozostali nie oglądają się w ogóle, idą w swoich kierunkach. Nawet kiedy już gdzies dojdą, do Starbucka czy McDonalda nie przestają się poruszać, wyciągają komórki, palmptopy i znikają.

W masie mijających mnie indywidualności, czuję się jedynym który dostrzega otoczenie. Pozostali są całkowicie pochłonięci własnym ego, kreowaniem wizerunku dla nich samych, a kiedy otwieram aparat odwracają twarze. Widzę tysiące mijających mnie ludzi zaszczutych w kompleksach nieistnienia i poprzetykanych kolcami braku indywidualnosci. Ludzie nie oglądają się za sobie, aby nie okazało się, że nie mają dokąd isc. Idą, bo musza się spotkać, a raczej pokazać, że się spotykają,.. ale czy się spotykają?

 

Mimo wszystko ulice Shibyi są zbyt krótkie aby stworzyć miasto. Kończą się w promieniu kilometra od stacji. W miejscu gdzie się kończą, opada kurtyna i ludzie normalnieją, jakby odczarowani.

Komiks jest krótki, choć bardzo intensywny, więc może dlatego tak atrakcyjny. Wracamy w okolice stacji, tam natężenie życia jest największe. Roztapiam się w myslach o przyszłości obserwując jak masa ludzi przetacza się we wszystkich kierunkach.

 

Wychodzimy z tego dusznego pomieszczenia, postanawiamy wrócić tu wieczorem.

 

Metro

 

Poruszanie się po miescie nie sprawia żadnego problemu. Numery pociągów, kolory lini, nazwy stacji. I tylko ludzie się wymieniają na siedzeniach. I choć w pociągu jedzie mnóstwo ludzi, pociag wydaje się być pusty. Ludzie siedzą wpatrzeni w ekrany komórek. Są zamknieci w przestrzeni 4x4cm. Wchodzą do wagonu patrząc na ekran, siadają wciąż patrząc, i jadą patrząc cały czas. Potem nie oglądając się na nazwę stacji wysiadają; nie odkrywając jednak oczu od komórek. Do kogo tak piszą? Do innych ludzi w metrze? Czy wszyscy akurat jadą metrem?

 

Ginza

 

Wysiadamy z pociągu. Ciężko wytrzymać, ze świadomością że jest się anonimowym tłumem. Lepiej isc, to daje wrażenie, że cos się dzieje.

Wychodzimy znów w wielkim miescie. Tu jednak jest inaczej. To miasto dla dorosłych. Ulice przejrzyste i klarowne, podziały geometryczne. Budynki to przede wszystkim banki, restauracje, drogie sklepy, galerie. Miasto ciągnie się w nieskończoność, ale bez monotonii. Budynki opierają się jednorodności, każdy fragment jest inny – indywidualny.

Podobnie ludzie. Choć większość to biznesmani, menadżerowie, jest jednolitosc, ale nie ma jednakowości. Na pozór ludzie ubrani są w podobny sposób, każdy jednak z nich to reklama drogich marek; buty, zegarek, torebka, tu wszystko ma cenę indywidualnej jakości. To Ginza, Tokyo.

 

Idziemy wciąż dalej od stacji na której wysiedlismy. Już nawet nie pamiętamy gdzie to było. Kolory i jakości przyciągają nas. Poza tym pierwszy raz od przyjazdu wyszło słońce. W jednej chwili zrobiło się okropnie duszno. Wczesniej czulismy jedynie potrzebę picia, teraz jest również niedosyt oddechu. Jak na takie miasto jest niewiele pojazdów; głownie dostawcze i taksówki, prywatnych wyjątkowo niewiele. Pewnie w godzinach szczytu jest ich więcej, ale to i tak nic w porównaniu do ilości, która mogła by się pojawić. Za to tłum na chodnikach to gęstnieje, to rozrzedza się. Mijamy skrzyżowania tak zatłoczone, że ledwo udaje się przecisnąć, aby za chwile pojawić się w miejscu, gdzie nie ma praktycznie nikogo. Wszyscy ludzie idą. Nie widać nikogo plączącego się bez celu.

 

Jest wieczór. Stoimy na kanałem. Patrzę na budynek który jest w kształcie i czego. Odbija się w wodzie jaskrawą żółcią. Na mostach kilkaset metrów stąd widać co chwila przejeżdżające pociągu. Zwalniają przed mostem, jadą wolno nad wodą i przyspieszają tuż przed wjazdem na suchy ląd. A potem znikają. Jest jak we Wrocławiu nad kanałem. Ludzie siedzą i piją piwo. My też siedzimy i pijemy piwo. Robię jakies zdjęcia. To miasto jest chłonne nas, powoli wciąga nasze mysli między ulice. Za chwile wciągnie i nasze ciała.

 

 

09 07 07 Nikko

 

Postanowiliśmy urwać się na jeden dzień z Tokyo. Wprawdzie zostało nam jeszcze tylko jutro, bo następnego dnia wyjeżdżamy, ale mimo wszystko dwa dni mogą znużyć.

Siedzimy w pociągu już ponad godzinę. Wydaje się w końcu wyjechaliśmy poza obszar Tokyo. Krajobraz zmienił się z bloków poprzetykanych zielenią, na zieleń poprzetykaną blokami. Gdzieniegdzie osiedla  domków, małych smiesznych, wydaje się że tradycyjnych. W większości jednak za oknem stare rudery. Japońska prowincja nie wydaje się być zbyt atrakcyjnym miejscem spędzania czasu.

Pociąg jedzie szybko, miedzy stacjami ponad sto kilometrów na godzinę, mimo, że to zwykła puszka, kwadratowa, niezbyt nowa.

 

Minęło kolejnych czterdzieści minut i udało nam się dojechać do stacji węzłowej Utsunumiya. To zmieniliśmy pociąg na ten właściwy, ten do Nikko. To jakas boczna linia. Wewnątrz wagonu przeżywam niewielki szok. O ile pociąg z Tokyo był zwykłym pociągiem podmiejskim, takim samym jak na całym swiecie, o tyle to czym jedziemy do Nikko, to prawdziwy zabytek. To dwa połączone wagony z lat szesdziesiątych, może nieco późniejsze. Zachwyca mnie stan utrzymania tych wagonów. Nie są nowe, są wręcz  są stare, ale nie rozsypują się. Są czyste i zadbane, braki uzupełniane na bieżąco, a dodatkowo wciąż sprawne. Nie ma chyba nic bardziej porządanego w społeczeństwie niż szacunek do rzeczy. Dopiero teraz otwierają mi się oczy na to co widziałem wczesniej. Setki rowerów, motorynek, mopedów i innych srodków transportu, i ani jednego nowego, hm, a może wszystkie były nowe? Nie, zdecydowanie nie, większość tego co wiedzieliśmy to urządzenia dobrze utrzymane, o które dba się i pielęgnuje. Nowych nie kupuje się, nie kupuje się tylko dlatego, żeby mieć nowe.

 

Pociąg toczył się w tempie jaki dobrze znamy z Polski. Nie była to chyba jednak wina samego pociągu, a raczej torów, które gięły się i zakręcały we wszystkich dosłownie kierunkach. Po godzinie dotarliśmy do miejsca przeznaczenia.

Do ostatniej stacji nie dojechało zbyt wiele osób. Jest może kilku turystów, kilku w atrakcji wpisanej jako swiatowe dziedzictwo. W europie nie sposób przecisnąc się czasem przez tłum chętnych, aby cos zobaczyć ( nie rzadko to cos nie jest warte czasu spędzonego na czekaniu ), a tu spokojnie, kulturalnie, samotnie.

 

Nie mamy mapy, ale nie ma się czym stresować. To miasteczko jest może rozwlekłe, ale nie wydaje się być specjalnie duże. Idziemy ulicą w górę. To chyba nasz pierwszy poważny szok.

Jeżeli tak wygląda prowincja turystyczna, to jak będzie wyglądać, ta gdzie turystów nie ma?

Podążamy ulicą w górę. W większości otacza nas zabudowa dwukondygnacyjna, model średniowieczny, na dole warsztat, na górze mieszkanie. Po drodze mijamy kilka hoteli, a w zasadzie tego czym można by je kiedys nazwać.

Deszcz wlasnie przestał padać i wszystko ocieka jeszcze wodą. Jest szaro i wilgotno, to potęguje uczucie jakby dotarło się do granicy cywilizowanego swiata. Mimo to idziemy. Jestem lekko zdruzgotany co zastaniemy poza Tokyo, już pojutrze mamy przecież wyjechać, oglądać Japonie prawdziwą.

 

Po jakims czasie docieramy do celu wyprawy. Jest to kompleks kilku dobrze zachowanych świątyń buddyjskich położonych na zboczu zalesionego wzgórza. Wciąż nie widać turystów. Może jestesmy jedynymi którzy postanowili isc od stacji na piechotę? To przecież było prawie pół godziny.

Pokonujemy most na rzece i kamienne schody, wszystko wokoło senne atmosferą  prowincjonalnego poranka.

 

Buddyzm ma w sobie co z religii ‘swietego spokoju’. Ludzie przychodzą do świątyni, czerpią wodę, zapalają swiece, stoją w skupieniu i idą dalej. Nie ma fanatyzmu, nie ma przepychania się przy ołtarzu, nikt nie walczy o palmę pierwszeństwa. Może dlatego oglądanie buddyjskich świątyni jest nieco nudne. Pó roku temuł, będąc w Izraelu, miałem całkowicie odmienne uczucia, tak wstęp do każdej ze świątyń to przeżycie, napięcie jest namacalne i żywe przez cały czas. Może dlatego robienie zdjęć w tamtych miejscach, tamtym ludziom daje wiecej satysfakcji. Fotografowanie buddyjskich świątyni to nie tyle nuda, co monotonia. Z drugiej jednak strony dobrze, że Azja nie wyznaje bardziej zaborczej polityki religijnej. Jak by wyglądał swiat, gdyby było o dwa miliardy więcej Islamskich bojowników/ żydów/ czy chrześcijan gotowych dla Chrystusa palić i zabijać?  Buddyzm ma w sobie cos z religii świętego spokoju i to jest dobre.

 

Przechodzimy przez wielką halę ze złotym posągiem Buddy. Przyglądam się z zainteresowaniem bo rzeźba ma w sobie ekspercyjnosc życia. O ile w chrześcijaństwie rzeźby przedstawiają raczej ‘uniesienia’ to ta ma wyraźnie charyzmatyczną, żywą formę. Wszystkie kolejne jakie mijamy, mają podobny wyraz, wszystkie mają czerowne oczy. To nieco szatańskie – a przecież wciąż boskie.

 

Miejsce jest niezwykłe. Jego niezwykłość nie polega jednak na tym co w tym miejscu się znajduje, ale na jakości wykonania tego czegos. Swiatynie są szczytem kunsztu rzemieslniczego, szczytem detalu, jakości obróbki drewna i połączenia tego drewna ze sobą. Forma jest inna, niż ta do której przywykłem, ale jakość wykonania, nie odbiega od jakości barokowych ołtarzy w Europie.

 

Kolejne zejścia i kolejne kamienne schody.  Między kolejnymi świątyniami lesne prześwity. Deszcz to zaczyna padać to przestaje. Mgła opada niżej, i robi się wilgotno. My jednak wędrujemy dalej. Jestem zdziwiony swoim brakiem zainteresowania architekturą swiatynna. Nie mogę powiedzieć, że nie jestem zainteresowany, ale nuży mnie ten brak życia, monotonnia i brak relacji z otoczeniem. Wydaje się, ze wszystkie budynki są swietnie wpisane w kontekst, budując idealny obraz miejsca, ale po chwili dochodzi się do wniosku, że to mylne wrażenie, bo choć owe budynki nie szpecą to jednak nie wnoszą do krajobrazu nic nowego. A może własnie to jest ideą? ..zabudować fragment  krajobrazu; tak aby mimo iż zabudowany, wciąż pozostawał jego ‘naturalną’ czescią; nie nosił jakości dominującej ludzkiej siedziby.

 

Wychodzimy z obrębu kilku zabudowań i przechodzimy przez niewielki las. Spotykamy kolejną bramę, choć tym razem nieco inną. Forma podobna, ale wyraz jakby inny. Przechodzimy miedzy czerwonymi posagami, które coraz bardziej mi się podobają. Wciąż przyglądam się ich twarzom jakby z niedowierzaniem. To odwrotność twarzy świętych których miałem wbijanych do głowy od wczesnego dzieciństwa. Twarze bogów wyrażają realistyczne podniecenie, charyzmę i nienawiść do śmierci, to dokładne przeciwieństwo chrześcijańskiego uniesienia, apoteozy, slubów wierności i apoteozy umierania za wiarę/ za nic. Oba jednak obrazy są jednak bliskie wyznawania pokory, z tymże nawet pokora może mieć różną formę. Tu stoją naprzeciw siebie dwa obrazy pokory – pokora zapadania się pod naporem własnych leków, i pokora przed silniejszym przeciwnikiem. Walka przeciw służalczość/ słowo przeciw mieczowi/ radosc życia przeciw śmierci za życia. Żałuje tych lat w ciagu których uczono mnie o świętych, nie dając możliwości poznania innych jakości istniejących na swiecie. Żal mi wszystkich ludzi, którzy nie obudzą się nigdy z piwnic swoich zabobonnych wierzeń, skażeń mitami i hasłami. Żal mi za przyszłe pokolenia, które podobnie jak my, nie będą mogły decodować o wierze albo jej braku, bo w czasie kiedy zdolne są się rozwijać, będą niszczone sloganami o nieistniejących bogach/ pół bogach i ludziach-bogach.

 

Stoimy przed kamiennymi schodami prowadzącymi w górę na plac przed wejściem. Jest cicho. Zwiedzajacy, których było całkiem sporo w głównej czesci zespołu tutaj zdaje się nie dotarli i można rozkoszować się samotnością. Deszcz przestał padać, mgła opada. Otoczenie kusi oczy niewielkimi duszkami – kamiennymi świecznikami ustawionymi w zasadzie wszędzie wokoło. Rozglądamy się, wchodzimy.

 

Klimat rozwinął się i monotonia uległa pod naporem obrazów. Te kamienne swiecznki są perfekcyjne w budowaniu odczuć o jakie człowiek nie może się podejrzewać. To co warte zapamiętania zaostaje zapamiętane, ale nie będzie opisane słowami, bo nie istnieją słowa, aby to opisać. Wszystko to czego można tu doświadczyć to jest dokładnie to czego opisać nie jestem w stanie i obrazy których nie mogę uchwycić. To kontekst, powietrze, ciężkie i smaczne, drzewa, mgła, kamienne posągi, ale przede wszystkim, my i nasze wyobrażenia o Japonii, marzenia, lata obrazów budujących się z nielicznych relacji. Wszystko to zmieszało się i zbudowało klimat mojej chwili tutaj. Nie przekaże tego bo nie potrafię.

 

Po powrocie do Tokyo stwierdziliśmy, że jest za wczesnie żeby połozyć się spać. Zdecydowaliśmy się jechać jeszcze raz do Shybui. Tym razem wieczorem.

 

Shibuya

 

Stoję na ulicy tak pełnej ludzi, że nie sposób przez nich przebnąć. Jak na autostradzie wypełnionej tysiącami samochodów, nie możliwe jest przedrzeć się bezkolizyjnie z lewa pasa na prawy i w drugą stronę. Ludzi tłum podąża w sobie tylko znanym kierunku. Pojedyncze elementy doczepiają się lub odczepiają. Wszystki płynie. Siegam wzrokiem ponad głowy w tłumie. Podobnie jak nasz chodnik, płyną wszystkie chodniki. Wszystko wokół dokąs zmierza, nie wiem jednak dokąd.

 

Tłum jednak okazuje się nie być slepy i bezmyślny. Kiedy wyciągam aparat i ustawiam go na statywie, widzę jak budzą się ukryte spojrzenia. Można następnym razem wydrukuje sobie plastykową kartę z napisem ‘Press’. Ci chłodni i egoistyczni Japończycy sami będą się zatrzymywac. Widzę jak slinią się do aparatu, prężą miesnie twarzy, spoglądają w przelocie czekając na ‘ Excuse me ‘. W końcu jest to miejsce najbardziej popkulturowe jakie widziałem. A to nie telewizja. Tu jest jak w genialnej trójwymiarowej telewizji, ale to jest realisty. Stoję tu, dotykam tego i mam w zasięgu dłoni. To realisty które zaczęło być telewizją, multi Internetem, realną siecią informacji, z których jedynie garstka ma jakis sens.

 

 

10 07 07 Tokyo

 

Wczorajszy dzień zmeczył nas na tyle, że dzisiaj postanowiliśmy się wyspać i przygotować do wyjazdu do Kyoto. O ile pozostawanie w Tokyo stało się logistycznie proste, o tyle wyjazd na prowincje w jakis sposób przeraża. Widzieliśmy już jak wygląda Japonia poza stolicą, jak wygląda krajobraz, ludzie, sprzęty. Nie napawa mnie optymizmem to co widziałem; oczywiście tylko z turystycznego punktu widzenia. Z każdego innego, cieszę się, że wyjedziemy z miasta.

 

Jestesmy w Tokyo zaledwie kilka dni a już zdążyliśmy się znudzić. To miasto, ale miasto idealne. Wokół nas wszystko wygląda tak samo, lub tak samo jak obok. Można przechodzić przez kilometry ulic w poszukiwaniu czegos nowego, ale tego nie znaleźć. Czy tego wlasnie szukałem? ..obojetnosci miasta? Bo to wlasnie ta obojętność struktury sprawia, że człowiek nie czuje się do końca dobrze/ człowiek z europy. Budynki, pojazdy, znaki, wszystko to , ma się wrażenie, przygotowane jest nie dla nas. To dla ludzi mieszkających tutaj na stałe, dla Japończyków. To oni co rano wstają, myją się, ubierają i idą do pracy. To oni przemierzają kilometry kolejkami we wszystkich kierunkach i to oni szukają kierunkowskazów na budynkach. Turysta w Tokyo jest wyobcowany i praktycznie niezauważalny, nie dla tego, że się nie wyróżnia, ale dlatego, że wlasnie się wyróżnia. Turysta jest elementem sprzecznym ze strukturą tego miasta, jest wręcz nieporządany w pewnych miejscach. Turysta zatrzymuje się w miejscach w których normalni ludzie nie zatrzymują się, przez co tamuje ruch, wybija innych z rytmu. To przyszłość, która tutaj znalazła już swoją scieżkę. Stąd, z Tokyo, rozpyli się na cały swiat, sprawiając, że za kilkaset lat wszyscy będziemy idealni; my, nasze miasta i nasze życia. To, że Europa jest dzisiaj inna, niż reszta swiata, to tylko i wyłączenie dlatego, że europejczycy poszukują wciąż nowych doznań, wciąż się uczą. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że Europa ginie, umiera śmiercią naturalną, tak jak umarła Grecja. Tak się jednak nie dzieje. Nowy renesans jest tuż tuż przed nami, a nasze mysli i potrzeba samokształcenia jest tym wartosciowsza im trwa dłużej. Ale jeżeli wszyscy dążymy do tej samej przyszłości, to upadnie również Europa, również europejskie miasta będą musiały stać się idealne, idealnie idealne. Stracą w nich miejsce krętacze rzeczywistości, którzy dzisiaj nadają im smaku. Już nie będzie miejsca na zwiedzanie, na podziwanie. Rzeczywistością będzie codzienność, a ta nie będzie znała odstępstw od normy. To przyszłość w wersji Tokyo.

 

Odeiba

 

Siedzimy w jakies restauracji w Odeibie. To najnowsza dzielnica miasta. Najnowsza, wciąż w budowie. Naprzeciw nas perspektywa całego Tokyo. Na pierwszym planie Rainbow Bridge. To miasto jest piękne i ma w sobie futurystycznego, cos co jednak dopiero się rodzi. Patrzymy na most, którego przesła są umieszczone wyżej niż większość budynków w Belfaście. Patrzymy na budynki tak wysokie, że nigdy w Belfaście nie powstaną. A to wciąż nic, to jedynie ziarno możliwości, chwila, która wszystko zaczyna.

Co się stanie kiedy to miasto wyrosnie całe, kiedy nie będzie przerw między wysokimi budynkami, kiedy wszystkie będą szklanymi wieżami? Co będzie kiedy to miasto przekryją w końcu szklaną kopułą? Dlaczego mieli by to zrobić? ..choćby dlatego, że zabraknie im powietrza. Skąd w końcu bierze się wystarczają ilość tlenu, aby zapewnić życie milionom ludzi przetaczających się przez miasto. Skąd bierze się wstarczajaca ilość tlenu aby  pozwolić oddycchac jednoczesnie wszystkim w metro i w budynkach. Przecież to miasto musi wysysać nieograniczone ilości powietrza, niczym wielki lej, zasysający rzeczywistość wokół siebie.

 

Mielismy jechać do oceanarium, ale ostatecznie okazało się, że żaden pociąg się tam nie zatrzymuje. Może czegos nie zauważyliśmy, ale dwa razy przejechaliśmy nad niewielką wysepką i nawet nie wiele widzieliśmy. Zdecydowaliśmy zatrzymać się Odeibie i zobaczyć na spokojnie to, co widzieliśmy z okien kolejki. Sam zresztą przejazd przez centrum Tokyo, na wysokości kilkunastu Pieter, czy przejazd przez Rainbow Bridge, dały już wystarczającą zachętę, aby się zatrzymać.

 

Niebo jest złowieszczo zachmurzone. Wciąż jednak nie pada. Mam nadzieje, że deszczu uda się uniknąć w ogóle, przez cały wyjazd. Już wczoraj miałem okazje przypomniec sobie jak czuje się człowiek który moknie, a wokół jest duszno.

 

Wysiadamy w centrum nowego miasta. Nowego, bo buduje się na terenach wyrwanych morzu, na niewielkich wysepkach rozsypanych wzdłuż zatok. Nowego, bo wszystko tutaj jest nowe. Nie ma nawet jeszcze ludzi.

Idziemy kilka kroków, ale zdziwieni, podekscytowani zatrzymujemy się co chwila. To już tu jest – miasto przeszłości – autostrady, wiadukty, futurystyczne budynki, nowoczesne mosty, to już istnieje, ale jeszcze nie działa. Czuję się jakbym był w fabryce prototypów. Tu nie ma urbanistyki której się uczyłem na studiach, tu nie ma budynków, które mogłem zaprojektować. To miejsce wygląda bardziej jak miejsce komiksowych zabaw młodych graficiarzy; linie wolne, choć silne, gabaryty potężne, ale nie przytłaczające.

Widzę jak wygląda początek miasta, jak rodzi się idea. W końcu Rzym musiał zaczynać dokładnie od czegos takiego. Bazylika sw. Piotra już stała, mimo że wokół przetaczał się tłum dziwek i żebraków w łachmanach. Nasze ubrania w podobny sposób nie współgrają z Odeibą. Nie czuję się jak element tego miejsca, ale jak turysta w czasie, który ma możliwość cofnąć się do początku miasta. Widzę ten początek, widzę jego nienaganny futuryzm, widzę wizjonerstwo i szokującą przepasc, jaka dzieli Europę od tego miejsca. Czterysta lat wstecz, a może i więcej, nie chodzi o formę, chodzi o tresc. Wiem, że w niedługim czasie, to miejsce wypełni się człowiekiem, przygotowanym na spotkanie własnie z tym miejscem, zaprojektowanym do tego miejsca. Widzę oczamy wyobraźni jak morze ludzi wleje się tutaj i zapałni place i ulice, budynki i wiadukty, kolejnki, pojazdy, autostrady. I człowiek z europy będzie wyglądał tutaj jak eksponat z muzem ziemi.

Czuje się jak człowiek z lasu, który przyjechał podziwiać antyczny Rzym. Tylko czy to będzie Rzym, bo przecież, to że jestem z lasu to już pewne?

 

 

11 07 07 Kyoto

 

Wizyta na peronie Shinkansenów to wydarzenie samo w sobie. Osobne wejścia, osobni konduktorzy, nieco lepsza kontrola sprawiają wrażenie obcowania z czyms nadzwyczajnym. I to poniekąd prawda. Same perony wyglądają już inaczej nie wspominając o pociągach.

Wchodząc na peron miałem poczucie, że zaraz ujrzę, w końcu, rozwrzeszczany tłum obcokrajowców podziwiających możliwości japońskiej techniki. Niestety, jedynymi którzy z pełnym entuzjazem przyglądają się shinkansenom są sami Japończycy. Cudzoziemców jest mało, czasami wcale, i nawet Ci którzy już są, nie wydają się zbyt zainteresowani.

 

Stojąc ponad godzinę na peronie ( z braku lepszego zajecia w tym czasie ) miałem okazje zobaczyć prawie wszystkie typy superszybkich wagonów. Jest ich szesc czy siedem. Niektóre z nich, zwłaszcza te najnowsze, robią naprawdę niecodzienne wrażenie. I chociaż sama jazda, nie różni się zbytnio od jazdy zwykłym pociągiem pospiesznym ( w cywilizowanym kraju, nie – polska) , to jednak nuta niesamowitości jest za każdym razem podobna.

 

Różnica dla cudzoziemca między Tokyo a Kyoto jest taka, że w Tokyo wszędzie są napisy również po angielsku. W Kyoto natomiast, są, ale nie wszędzie. W tym kontekście już wyjscie ze stacji kolejowej daje możliwość poznania jak czuje się człowiek który nie potrafi pisać, ani czytać.

 

Przyjeżdżając na dworzec, akurat trafiliśmy na wiec wyborczy. Kilka ulic z przodu i z tyłu zostało zablokowanych, autobusy nie podjeżdżały do stanowisk. Na srodku ulicy stała niewielka furgonetka, na której dachu stał podtrzymywany przez kilku ludzi mówca. Wokół nieco tłum japończyków ustawionych w rzędach, niczym na apelu. Tłum raz po raz wiwatował i wznosił ręce w gescie szacunku do cesarza i ojczyzny. Dopóki się nie rozeszli nie sposób było się zorientować czy te rzędy ludzi ustawione są do autobusów, czy może jest jakas bardziej zorganizowana akcja propagandowa. Kiedy wszystko się skończyło okazało się, że byli to zupełnie przypadkowi ludzie; rozeszli się, każdy w swoim kierunku, a jedynie my i kilka osób zostało czekając na autobus.

 

Już w pojeździe doznałem uczucia, że, fakt,  że wiem dokąd mamy mniej więcej jechać, nie oznaczał wcale, że musze tam dojechać. Uczucie wzmogło się tym bardziej im bardziej oddalaliśmy się od centrum. Z mapki dołączonej do informacji o hotelu wydawało się, że jest to prawie na obrzeżach miasta. Tymczasem po 30 minutach wyjechaliśmy z miasta całkowicie, i kręcąc się wąskimi górskimi drogami jechaliśmy dalej.

Po godzinie dojechaliśmy w miejsce w które jak się zdaje mielismy dojechać. Zdecydowanie nie było czego żałować, bo Kyoto nie zrobiło na nas zbyt dobrego wrażenia, tym bardziej, że znowu padał deszcz. My natomiast byliśmy w przepięknej dolinie, może wąwozie między wysokimi górami. Wokół panowało to, czego od tak dawna nie miałem okazji doświadczyć – cisza.

 

Jeżeli o czyms miałem jakies wyobrażenie, które pokryło się z rzeczywistością to wlasnie tak wyobrażałem sobie Japońską prowincje. Tam, gdzie swiat jest naprawdę zielony, zielone jest wszystko oprócz nieba. Domy ustawione raczej rzadko, niewielkie pola ryżu wszędzie wokół. Ludzi nie widać. Kolory na zdjęciach są wypłowiałe w stosunku do rzeczywistości. Przeglądam jeszcze raz.. nie ma o czym mówić. To jakie kolory rejestruje moje oko, a to co rejestruje maszyna to dwie różne sprawy

 

To w takim krajobrazie musiały się rodzić europejskie sny o Japonii. Miedzy niewielkimi  drewnianymi chatami, wąskimi drogami wijącymi się między górami i lasami, otaczającymi zwartym kordonem doliny. Tutaj, pod Kyoto, tak to wlasnie wygląda i w żaden sposób nie może to rozczarować

 

Swiat w tym miejscu może się nie zatrzymał, ale z pewnoscią zwolnił. Wąskie drogi, a właściwie asfaltowe sciezki prowadzące dziesiątkami między górami i wszechogarniającym lasem. W dole rzeka, która wydaje się być gotowa na przyjęcie większej ulewy. Wszystko spowite gęstą mgłą, która utrzymuje się niewiele poniżej wierzchołków drzew.

Przechodzimy między domami ustawionymi w kompletnym pustkowiu, a jednak tak gęsto, że praktycznie sąsiedzi mogą zaglądać sobie w okna. To jednak nie przeszkadza, okolica jest magicznie nienaruszona, mimo tak permamentnego istnienia w niej ludzi.

 

Zgubiliśmy się. To można było przewidzieć. Nic jednak straconego. Spotykamy jakichs ludzi, oni podwożą nas na miejsce. Daleko i niedaleko to pojęcia względne w tych warunkach, względne dla różnych ludzi.

Hotel okazuje się miejscem dosc niesamowitym. To cos zupełnie innego niż ten półeuropejski hotel w Tokyo. To tutaj to pensjonat dla Japończyków. Nie jestem pewien czy stanęła tu kiedys noga człowieka zachodniej cywilizacji.

Dom wydaje się nie mieć końca. Idziemy korytarzem za jakąs panią Franią, która prawie nie zna angielskiego. Pokazuje nam łaźnie, miejsce kąpieli, a potem dopiero pokój. Czuję się co najmniej dziwnie. Nie tyle poprzez to, że jestem w Japonii, ale dużo bardziej przez izolacje w tym miejscu od wszystkiego. Mimo innych domów w okolicy, za oknem nie widać nic prócz drzew; znów panuje przyjemna cisza. Wydaje się jakby hotel był pusty. Pani opuszcza nas i zostawia samych.

 

Schodzimy na obiad. Ciężko się czegokolwiek spodziewać w tej prowincji oddalonej od wszystkiego co znajome. Siadamy przy niskim stoliku. Próbujemy klęczeć jak oni, ale to niestety trzeba robić od dziecka. W przeciwnym razie można poczuć, że ma się kolana. Domyslna Frania przynosi nam miniaturowe stołeczki. Nie jest idealnie, ale i tak dużo wygodniej.

Po chwili dostajemy kociołek na gazie i duży talerz warzyw. Do tego trochę mięsa różnego rodzaju, najprawdopodobniej drobiu. Instrukcja: first! – chicken; two - this – potato ( nie ma żadnych ziemniaków, są grzybki i kapusta ) boil; end – noodless. OK.?! Ok. Could You give me japanese sake? Sake? Hotta, Calda? Hot, Hotta. Aaaa! ( wydaje z siebie pelen zaskoczenia odgłos i uśmiecha się szeroko )

 

Zupa się dogotowuje. Niestety my wrzuciliśmy wszystko na raz i czekamy aż powstanie cos pomiedzy warzywną a kapuśniakiem. Frania przynosi sake i pokazuje po co jest surowe jajko w tym zestawie. Stara się nam wytłumaczyć, że należy wyciągać z zupy kolejne kawałki maczać w jajku i jesc.

 

Piję sake, a kilka osób przez okno do kuchni najwyraźniej stara się mi kibicować. Gorąca sake jest napojem który daje się spożywać,..ze smakiem.

 

Dzień dobiega końca na leżeniu w pokoju kąpielowym. Nie jestem przyzwyczajony do tego, że kąpiel bierze się w wodzie z gorących źródeł, leżąc na zewnątrz budynku ( prawie jak na Islandii ). Postanowiłem jednak spróbować tego typu rozrywek, żeby nie miać wrażenie, że cos mnie omija.

Woda jest gorąca, i choć na zewnątrz wcale jest nie zimno, ma się uczucie przyjemności. Leżę zupełnie beztroski zapominając o wszystkim. Drzewa i krzewy w ogrodzie porosły wszystko szczelnie, tak, że nawet nie widać nieba. Cisza. Lesna cisza, która pozwala dotrzeć tam gdzie nie było się bardzo długo – do samego siebie.

 

To co czasem wydaje się snem jest rzeczywistością i odwrotnie. Wprawdzie sny tak rzeczywiste, że człowiek budzi się spocony to rzadkość, ale również rzeczywistość która wydaje się snem, nie zdarza się za często. Leżąc w wannie na końcu mojej wersji swiata tonę w odpywie mysli. Wszystko kończy się,  tak że niemal widzę brzegi mojej świadomości. Wszystkie wspomninia są tak kruche, że pozbywam się ich w ciągu kilku minut; docieram do tych najgębszych, których już pozbyć się nie mogę bo skamieniały. Mam wrażenie, że mój umysł podzielił się. Te skamieliny to moje wspomnienia z Polski, zanim wyjechałem. NIe są plastyczne, stwardniały i już nic nie mogę z nimi zrobic. Wydaje się jakby miały tak pozostać. Pozostałe, te ostatnich dwóch lat, to płynna masa, rzadka i mało lepka. Wszystko trzyma się bo jest zamknięte. W chwili kiedy to wypuszczę, wypłynie i nie wróci. Dni mijają szybko; w tej wannie na końcu swiata . Dni, które przeżyłem. Uczucia warte zatrzymania falują bezwiednie to oddalając się to przybliżając. Ja umieram w poczuciu, że już wszystko odpłynęło o mój umysł jest czysty jak dziesięć lat temu, nieskażony demonami rzeczywistości.

 

Miałem leżeć kilka minut, leżałem prawie godzinę. W końcu jednak przeniosłem się do pokoju. Początkowo nie jest łatwo przyzwyczaić się do spania na podłodze. Poza tym za oknem płynie rzeka i panuje jednostajny hałas. Tymczasem sam pokój jest urządzony w skromny sposób. Na podłodze tatami, na scianie szafy z przesuwnymi drzwiami, pozostałe dwie sciany to okna, również przesuwne. Otwieram jedno i rozkoszuje się powietrzem którego smaku nie można powtórzyć; nie jest duszne, ale nie jest też rozrzedzone, ma się wrażenie, jakby miało swoją gęstość, która czuje się w ustach.

 

Zasypiam, bez mysli, odpływam na Japońskiej prowincji daleko od Japonii, jeszcze dalej od wszystkiego innego.

 

 

12 07 07 Kyoto

 

Wczoraj mielismy taki plan, żeby zapomnieć o jakichkolwiek wycieczkach i po prostu zaszyć się w lesie gdzies w okolicy podziwiając przyrodę. Wczoraj byłem już prawie gotowy to zrobić, dzisiaj już nieco mniej. Mimo wszystko to jedyny dzień jaki mamy przeznaczony na zwiedzanie Kyoto i nie bardzo mogę darować tej szansy.

 

Postanowiliśmy isc. Tymczasem na sniadanie, znowu gotowanie zupy. Tymczasem jednak to tylko spokojny rosołek, kawałek czegos co przypomina ser ( ale tylko w wyglądzie, bo jest bez smaku ) i surowe jajko. Acha, i obowiązkowo miska ryżu, która jest dodatkiem do wszystkiego.

Zjadłem surowe jajko, oczywiście na surowo, trochę zupy i ryżu. Skończyliśmy sniadanie i zebralismy się do wycieczki. Odczuwam przemożne wrażenie głodu. Opanowała mnie mysl o MacDonaldzie. MacDonald i Starbuck to dwa miejsce które chciałbym przede wszystkim odwiedzić w Kyoto. Idziemy na przystanek.

 

Deszcz który padał przez całą noc na szczescie przestał padać. Mgła jednak nie zdarzyła się jeszcze unieść. Idąc między polami ryżu czuje duszną, przenikającą wilgoc, która przykleja wszystko do ciała , sprawiając, że po chwili człowiek ma wrażenie, że poprzedniego dnia wcale się nie kąpał.

 

Dzisiaj Miasto wydaje się jeszcze brzydsze niż wczoraj. Jedziemy autobusem przez zakamarki Kyoto, które czasami niewiele różnią się od wyglądu polskich miast na slasku. Zresztą autobus również nie wygląda futurystycznie, nie wyglada nawet na nowy. Nikomu to jednak zdaje się nie przeszkadzać. Ludzie wsiadają na kolejnych przystankach, biorą niewielki bilet z maszyny przy tylnych drzwiach, siadają i czekają na swój przystanek. Po kilku takich rundach człowiek obojetnieje i podobnie jak wszyscy otępiały patrzy w szybę.

Wysiadamy.

 

Ulice mokre i zanim dochodzimy na przedpola centrum zaczyna padać. Po chwili już leje. Nie widać Sturbacka, nic nie widać. Tylko nie wysokie domy ciagną się wzdłuż ulic. Wszystko wydaje się być przytłoczone przez deszcz. Rowerzyści w mgnieniu oka założyli peleryny przeciw deszczowe, przechodnie rozłożyli parasole, a taksówki na ulicach przyspieszyły. Wszystko zapadło się w sobie.

 

Ominęliśmy kilka pomniejszych atrakcji, weszliśmy do miasta i trafiliśmy do Macdonalda. Kawa okazała się być wyjatkowo niesmaczna, ale czasem niedobra kawa jest nieco lepsza, od całkowitego braku kawy. Pijemy i idziemy dalej.

 

Nijo Castle otoczony ładnym ogrodem przenosi nas daleko od codzienności. Nieco zdziwieni klasą tego zabytku wolno posuwamy się w sporym tłumie innych zwiedzających. Obrazy z filmów i to co widzę  łączą się w jedno, ale mimo to nie mogę sobie tego wyobrazić. Tu jest to namacalne, prawdziwe. W filmach, cukierkowo nierealne. Oba te obrazy to obrazy tego samego, feudalnej Japonii. Mój umysł odmawia jednak poddania się bezkrytycznej wierze, że tak wlasnie było.

 

Przechodzimy przez ogród, przez bramy wewnętrznego pałacu. Mijamy przepiękne mini krajobrazy. Jest bradzo filmowo, trochę jak na placu zabaw, choć nie wiem czy chciałbym tu uciekać przed rozsieczonymi samurajami księcia.

 

Wyszliśmy z zamku i deszcz rozpadał się na dobre. Idziemy w poszukiwaniu kilku świątyni. Mapa znowu nie daje obrazu rzeczywistej odległości, wiec idziemy moknąc i pocieszając się, że w koncu musimy dojsc.

Po godzienie wchodzimy w jakiejs osiedle domów jednorodzinnych. Jest przyjemnie, ale to nie miejsce gdzie mielismy dojsc. Zgubiliśmy się i kompletnie nie wiadomo gdzie isc dalej. Wracamy. Jestesmy całkowicie przemoczeni. Woda w butach, spodnie do kolan mokre. I głód. Po skromnym, bezkalorycznym sniadaniu wszystko wydaje się być zdatne dojedzenia. Kurczaki z Kenntacky, hm, zamykam oczy i wchodzę.

 

Kurczaki były wyjatkowo nie dobre. Już tu nigdy nie przyjdziemy. Reklamy kłamią… tylko czy ja o tym nie wiedziałem?

Patrzymy na mapę jeszcze raz i podejmujemy próbę dojscia do złotej świątyni. Deszcz pada niemiłosiernie, sprawiając, że ta wędrówka jest karykaturą zwiedzania. Czasem przystaję i robię zdjęcia japońskiej codzienności. Wszystko jednak zdaje się płynąć w dół ulic.

 

Po pół godzinnej wycieczce w deszczu dochodzimy w końcu do świątyni. Przechodzimy przez las, park i dostajemy oczekiwany widok. Pada. Leje. My jednak, podobnie jak całkiem spory tłum turystów nie możemy się tym przejmować. Chodzimy, podziwiamy, zwiedzamy, bo przecież jestesmy tutaj przejazdem, może tylko dzisiaj, może jeszcze jutro co niektórzy.

 

Chcę zobaczyć jeszcze jedno miejsce. Idziemy wiec kolejne kilka kilometrów. Zmęczeni i przemoczeni odkrywamy, że nasze możliwości są wciąż spore. Mimo, że stwierdzamy, że nie mamy siły idziemy wciąż dalej i dalej. Jakby nie było nic co jest w stanie nas zatrzymać.

 

 

12 07 07 Akita

 

Dzisiaj wyjeżdżamy. Jemy sniadanie i wyjeżdżamy. W Kyoto można by spędzić spokojnie kilka dni, tygodni, a może nawet i miesięcy, oglądać swiatynie, czekając na zobaczenie gejszy, lub po prostu plącząc się bez celu szukając szczęścia. W Kyoto inaczej niż w Tokyo plątanie się po miescie wcale nie jest zabronione. Po drodze widzieliśmy duzo osób plączących się, idących, jak się zdawało bez celu. Czasem ( wcale nie rzadko ) idzie się za kims na ulicy, gdy ten gwałtowanie zawraca. Wczoraj, zaskoczeni, minęliśmy przynajmniej kilka takich osób.

Wyjeżdżamy z Kyoto, jedziemy w góry do Yuzawy, a tak naprawdę do Akity  na drugi koniec wyspy ( o czym jeszcze nie mogłem wiedzieć ).

 

Znów peron shinkansenów. Tu jednak nie robi już takiego wrażenia. Może dlatego, ze jest to tylko dworzec przejazdowy, nie ma, jak w Tokyo pociągów na które można popatrzeć, które skończyły lub zaczynają dopiero swoją podróż.

Podjeżdża pociąg. Wsiadamy. Jedziemy

 

Chyba zakochałem się w tym niewielkim fragmencie ścisłego centrum Tokyo. Czekam już dużo wczesniej, aż pociag dojedzie do Ueno i potem zacznie wpadać w tunel szklanych wieżowców. Dwa pasy torów rozejdą się na szesnaście, dwadzieścia lub wiecej, pociągi zaczną zjeżdżać się ze wszystkich kierunków, pociągi, kolejka, szybobusy. A potem wszystko zatrzyma się na Tokyo Stadion.

 

Na stacji mamy ponad godzinę do następnego pociągu. Znów plączemy się z braku innego zajęcia. Uwagę przykuwa budka dla palaczy na samym srodku peronu. Szklane pomieszcznie może pomieścić dwadzieścia, trzydzieści osób. Wszyscy stłoczeni palą papierosy. Mimo iż przy suficie zwisają dwa potężne wentylatory w srodku jest siwo od dymu. Uczestnikom tego zbiorowego palenia to jednak nie przeszkadza. Stoją, ciasno jeden przy drugim, sprawiając, że palenie papierosów z przyjemności zamienia się w obowiązek, tudzież niezbyt higieniczną potrzebę.

 

Po pół godzinie podstawiają nasze wagony. Ten pociąg jest nieco inny, zdaje się, że lepszy, wygodniejszy. Nie pewnie bez przyczyny zapłaciliśmy za niego tyle pieniędzy. W Japonii większość shinkanseow ma rezerwowane miejsca w wagonach. W czesci składów są wagony  bez rezerwacji w których można jednak nie znaleźć miejsca. Bilet to osobna cena, a rezerwacja to mniej więcej równowartość biletu. Cena więc podróżnowania nie jest tym co człowiek mógłby oczekiwać.

 

Wsiadamy, a razem z nami naprawdę dziki tłum ludzi. Drzwi otworzono dwie minuty przed odjazdem pociągu, a zanim jeszcze odjechał wszystkie miejsca zostały zajęte. Nie zauważyłem jednak ani tłoku, ani przepychanek. Wszystko odbyło się tak sprawnie i bez najmniejszego zgrzytu i mimo iż jest to tylko pociąg, a nie samolot gdzie zawsze są problemy z siedzeniem, a podobnie jak tutaj siedzenia są numerowane.

 

Po chwili okazuje się, że miejsce do którego jedziemy wcale nie jest miejscem do którego mielismy jechać. Przeglądając podróżną gazetę na której trafiłem na niewielką mapkę z której jasno wynika, że Yuzawa do której mamy bilet to nie Yuzawa w której mamy zamówiony nocleg. Chwila konsternacji, paniki, prawdziwej paniki, takiej której doswiadcza się jedynie wtedy, kiedy piękne plany ogarnia nagła destrukcja.

Pojedziemy do końca.

Zdecydowaliśmy się nie tracić biletu i jechać do miejsca do którego mamy bilet. Nie opłacało nam się zmieniać pociągu ponieważ następnego dnia i tak mamy nocleg niedaleko miejsca do którego jedziemy. Koszt biletu jest na tyle duży, że lepiej było zdecydować się na szukanie noclegu dzisiaj w nieznanym miejscu niż zmianę trasy. Jednak Panika!

 

Mimo iż decyzja zapadła, i nie ma już jak zmienić pociągu to jednak wciąż nie jestem pewien czy to najlepszy pomysł. Wprawdzie wydaje się, że ostatecznie powinniśmy znaleźć jakis hotel lub pensjonat. Pozostaje jednak ta nuta niepewności. W miarę jak posuwamy się naprzód niepewność wzrasta choć mysle o tym już dużo mniej.

Mam wrażenie jakby wyprawa zaczynała się teraz naprawdę. Jakbysmy dopiero teraz jechali do tej prawdziwej Japonii – zamkniętej w sobie, nie znającej ani słowa po angielsku.

 

Pociąg jedzie naprawdę szybko, dużo szybciej niż ten którym jechaliśmy do Kyoto. Nie sposób się jednak zorientować w prędkości. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do Morioki gdzie pociąg rozdzielono na dwa składy, jeden do Akity, drugi na Hokkaido. Czuję jak ogarnia mnie przerażenie na mysl o japońskiej prowincji, albo nie tyle przerażenie co panika.

 

Po wyjezdzie z Akity superszybki pociag zamienił się zwykły polski osobowy. Nie dziwię się jednak, bo trasa wije się przez góry. Jest fantastycznie dziewiczo; las otacza torowisko, góry, wąwozy, strumienie. Wszystko spowite gęstą mgłą.

Wagony toczą się naprawdę wolno, przyspieszamy jednak w tunelach, które stanowią prawie połowę trasy. Niepewność wzrasta.

 

Wysiadamy. To Omagari, jakies niewielkie miasteczko pięćdziesiąt kilometrów przed Akitą ( duże miasto). Nasze bilety były wlasnie do tego miejsca, chociaż wciąż nie wiem dlaczego. To już zresztą nie ważne

Wychodzimy przed stacje. To naprawdę małe miasteczko. Postanawiam przejść się przez główne ulice zobaczyć czy są tu jakies hotele.

Wszystko jest dołująco martwe. Jest szesnasta. Ludzi nie ma, podobnie pojazdów. Idę szybkim krokiem przez ulice pełne martwych budynków, czesc z nich to raczej rudery.

W szkole języka angielskiego – zagranicznej – jakas bardzo miła pani, bardzo kiepską angielszczyną nie potrafiła udzielić mi żadnej satysfakcjonującej informacji. Poza tym była jednak bardzo miła i nie mam do niej żalu.

Idę dalej, spotykam jakis hotel. Z zewnątrz rudera, ale w srodku pierwsza klasa. Nadzieja. I po nadziei. Dzisiaj wszystko zajęte. Postanawiam, że pojedziemy do Akity. W Omagari  nie ma nawet mostu, żeby można było pod nim spać.

 

Kupiliśmy bilety na zwykły pociąg i czekamy. Podjeżdżają dwa niewielkie wagony. Kilkadziesiąt osób wchodzi powoli, wręcz ślamazarnie, dostosowawszy swe kroki najwyraźniej do pogody, jesz duszno, nawet upalnie. Po chwili pociąg rusza i już jedziemy do Akity.

 

Tutaj zupełnie przeciwnie niż w Tokyo dookoła nas czuje wzrok współpasażerów na sobie. Musimy być atrakcją dnia, turyści w tak mało turystycznym miejscu, z plecakami w pociągu najniższej klasy. Zwykli ludzie nie różnią się wiele od tych kosmitów z Tokyo. Nawet wyglądają nie szczególnie inaczej. Każdy mężczyzna nosi marynarkę, a każda kobieta sukienkę. I jak można wnioskować, tak w całej Japonii.

 

Po drodze wypijam dwa piwa i swiat zaczyna wyglądać bardziej różowo. Japońskie piwo nie jest takie złe, o ile pije się najwyżej dwa. Do tego mają tylko małe puszki, więc jest prawie idealne. Pociąg toczy się niemiłosiernie wolno. Wprawdzie między stacjami  poruszamy się szybko, ale za to stację są co kilka minut i tak przez ponad godzinę. Najgorsze jest jednak to brzęczenie za każdym razem jak drzwi się otwierają i zamykają. To sygnał ostrzegawczy, melodyjka, która przeszywa ciało i nie pozwala uciec od mysli, że ktos nad tym wszystkim czuwa.

Konduktor zapowiada nazwy stacji tylko po Japońsku. Na szczescie na każdej stacji są nazwy również po angielsku. Wiedząc co ma powiedzieć, można nawet zrozumieć co mówi.

 

Wysiadamy. Akita. Tu dworzec wygląda nieco bardziej okazale. Zresztą za oknem wysokie budynki. Widzę duże kolorowe napisy. Hotel miejski, Hotel Toyko, jakies inne. Nadzieja. Wychodzimy ze stacji i ku naszemu szczęściu trafiamy wprost w objecia Starbucka. Cudownie, kawa. DO tego hotel, Metropolitan. Zostawiam wszystko w Starbucku i idę.

W recepcji przynajmniej cztery osoby. Wszystkie bardzo miłe, i wszystkie równo kiepsko mówiące po angielsku. Rozumieją jednak, że szukam pokoju, choć patrzą na mnie jakby podejrzliwie. ‘ O yes sir. One room. Two people. One night ‘ Pan głowny recepcjonista po dłuższych konsultacjach z pozostałymi wystukuje sumę na kalkulatorze i podaje mi. 35 funtów?! Za dwie osoby? No dobra. Trochę nie dowierzam, ale niech będzie.

 

Jeżeli Tokyo jest pewnym wzorem miasta, to każde pozostałe miasto na tej wyspie jest jego cieniem. Formy i jakości wydają się być podobne, ale skala i rozmach zdecydowanie mniejsze. To co wyglada dobrze w masie elementów sobie podobnych, jest tragedią jako element indywidualny.

Akita wydaje się być martwa. Centrum to kilka kwartałów wielkomiejskiej zabudowy. Sklepy, hotele, galerie, place. Poza tymi kwartałami, jakby pustka. Obchodzimy wszystko dookoła w poszukiwaniu Macdonalda. Nie ma. Czuję się oszukany. Może jest gdzies, ukryty, schowany?

 

Niestety McDonalda nie znaleźliśmy, postanowiliśmy więc isc do naszego hotelu na kolację. O ile jedzenie było całkiem smaczne, o tyle obługa jakas nie miła i ostateczne wrazenie wyszło na minus.

Miasto natomiast rozwinęło wszystkie możliwe neony. Budynki swiecą się reklamami, taksówkarze dopieszczają swoje samochody. Tylko gdzie się podziali aktorzy. Ulice puste, najwyraźniej wszyscy są w Tokyo.

 

 

13 07 07 Oga

 

Teraz już wiem doskonale jak wygląda Japońska prowincja. To miejsce gdzie nie tylko nie ma nic, ale również gdzie turysta może być zjawiskiem. W pociągu do Ogi; starym ale dobrze utrzymanym wagonie, który pamięta jeszcze na pewno Johna Lenona ludzie przyglądają się nam ukradkiem. Nie można nie dostrzec ich ciekawości, poprzedzonej niechęcią. Wszyscy wprawdzie wydają się być mili i bardzo uczynni, gdy się ich poprosi, niemniej jednak odczuwam duży dystans, który raczej nie sprzyja wzajemnej tolerancji/ akceptacji.

 

Wydaje się, że zabrnęliśmy już tak daleko wgłąb Japonii, że bardziej nie można. Wszystko tutaj nosi slady końca cywilizacji. Ludzie są spokojni, przeważnie starzy; młodych nie widać wcale. Drogi są sporadyczne, domy niewielkie i bez jakich specjalnych cech. Czas zatrzymał się tutaj przynajmniej dwadziescia lat temu.

Na szczęscie swieci słońce. Chmury rozpłynęły się jeszcze przed Akitą i po tygodniu deszczu mam nadzieje, na tydzień słońca. Może gdybym  żył w słonecznym miejscu na co dzień, nie wracał bym na to uwagi, jednakże życie w NI wytworzyło we mnie permanentną potrzebę słońca.

 

Pociąg toczy się jeszcze wolniej niż wczorajszy. Tory kręcą się wokół niewysokich pagórków lub morskich rozlewisk, za każdym z nich niewielka stacja. Domy są niskie i coraz bardziej rozproszone. W miarę jak zbliżamy się do wybrzeża znikają drzewa a w ich miejscu widać jedynie suche kikuty.

Mija ponad godzina zanim dojeżdżamy na miejsce. Wysiadamy lekko przerażeni obcością miejsca i zupełną niewiadomą tego gdzie dokładnie jest hotel w którym mamy zamówiony nocleg.

 

Probuję rozmawiać z taksówkarzem. Starszy Pan jest jednak za bardzo wychowany na Japończyka. Fakt, że go nie rozumiem to tylko jeden z problemów rozmowy. On wydaje się nie wyrażać żadnych realnych informacji za pomocą innego sposobu niż mowa. Nie możemy się dogadać. Ja nie jestem pewien czy on wie, gdzie jest hotel do którego chcemy jechać, a on najwyraźniej nie jest przyzwyczajony do zachodnich turystów.

Po kilku minutach wzajemnej irytacji porzucamy pomysł jechania taksówką. Zakładamy plecaki i idziemy  w nadziei, że może znajdziemy jakis kierunkowskaz na drodze.

 

Mija kilkaset metrów,.. kilometr. Szybko okazuje się, że kierunkowskazy na drogach są jedynie w jezyku japońskim. Czuję się jakbym nie potrafił czytać ani pisać. Poza tym jest gorąco. Jako, że nie mielismy zbyt wielu okazji do chodzenia z plecakami, po kilometrze jestesmy już wystarczająco zmęczeni, aby zaryzykować jazdę taksówką. Wracamy, może nie będzie tak jak w Ammanie, gdzie kierowca woził nas tak długo udając głupiego, aż nie wybiło mu odpowiedniej sumy na liczniku.

 

Kierowca jednak wie gdzie jedziemy, i po stwierdzeniu że jedziemy stał się dużo bardziej komunikatywny. Jest naprawdę upalnie. Jeszcze przedwczoraj tonęliśmy w ulewnym deszczu, dzisiaj spalamy się w słońcu.

 

Hotel ukryty jest daleko od cywilizacji. W zasadzie jest to zespół domów wypoczynkowych, gorących źródeł, jakiegos teatru i kilku domów, najprawdopodobniej ‘czworaków dla służby’. Wszystko wygląda nieco przybijająco. Nieco jak Międzyzdroje na początku lat dziewięćdziesiątych. Trąci głębokim socrealizmem. Zresztą jak cała droga od Akity. Wydaje się, że podstatawowym źródełm utrzymania jest kolej. Torowiska, pociągi, stacje, konduktorzy, wszystko jest dobrze utrzymane, mimo, że nie nowe, raczej stare nawet. Jest tu podobna nadprodukcja miejsc pracy jak swego czasu w naszej czesci europy, z tymże tutaj shinkanseny rekompensują straty i system może działać. Poza tym, w każdym miejscu Japonii jest pewność, że można tam dojechać pociągiem.

 

Zostawiliśmy plecaki w hotelu i zostaliśmy odwiezieni na plaże po drugiej stronie wzgórza. To podobno jedyna plaża na której warto się kąpać. Nie jestem taki przekonany, ale nie mam argumentów. Miły kierownik hotelu zawozi nas swoim samochodem i dopilnowuje, że rozumiemy, że czesc piaskowa to plaża. Jest miły. Długo czeka w samochodzie i patrzy czy zapoznajemy się z plaża. Dopiero kiedy udajemy, że siadamy i rozkładamy ręczniki, macha na pożegnannie i odjeżdża. Miły..

 

My wstajemy i idziemy jeszcze jakis czas. Ta plaża to nie jest szczyt tego czego mógłbym się spodziewać w ciepłym morzu ale z drugiej strony Japonia to nie Karaiby. Plaża jest ładnie położona, ale betonowe falochrony psują widok. Poza tym woda jest czysta, ale wszystko zaniedbane.

Wchodzę do wody mając nadzieje zanurzyć się wodach morza Japońskiego. Mimo, że swieci słońce w wodzie jest raczej chłodno. Pływam jakis czas, ale nie przekonany do tego co mogę znaleźć pod stopami ostatecznie wychodzę.

 

Słońce. Tu zaczynają się i kończą wakacje. Teraz czuje, że odpoczywam i jednoczesnie czuję, że nawet Japonia pozostała już za mną. Nie wiem czy bardziej cieszę się z faktu, że jestem tak daleko czy może z tego, że kiedys będę musiał wrócić. Będąc tutaj, powrót nabiera wyjątkowo nierealnego zabarwienia. Samolot wzbija się w niebo i przelatuje ponad ziemią  tak szybko, że nie uda się tego nawet zanotować. To nie podróż, to sen. Wiem, że kiedy wrócę pozostaną zdjęcia, ale nie będę pamiętał, że tu byłem. Mój mózg nie przyjmie informacji podanej w taki sposób. To będą obrazy jak ze snu i jestem pewien, że zostaną skatalogowanego jako sen. Przecież człowiek nie jest w stanie poruszać się tak szybko – tak przynajmniej powinien prawidłowo reagować mój umysł. Co będzie w przyszłości? Kiedy będziemy poruszali się się jeszcze szybciej, może nawet w dziurach przestrzennych, lub czasoprzestrzennych? Co będzie kiedy w jednym czasie będą spotykać się nie tylko ludzie sobie współczesni, ale będą się spotykać podróżnicy przestrzeni? Wszystko stanie się snem, nierealnością. Już dzisiaj można doświadczyć tego, że będąc w jednym miejscu, nie jest się w centrum, że nie ma centrum. Nie ma już takiego miejsca na swiecie, jakim jeszcze kilkaset  lat temu była np. Florencja. Bedąc tam, można było być pewnym, że jest się w centrum zachodniego swiata… etc. Dzisiaj nie ma już nawet tysiąca takich miejsc. Dzisiaj prawie wszystko biegnie już równolegle, wydarzenia, ludzie, nawet kultura, która wymknęła się poza ramy promocji i nie jest już w stanie być dłużej międzynarodowa. To o czym się możemy dowiedzieć, to naprawdę jedynie niewielki wycienek tego co się dzieje. Przyszłość powiększy ten ten, wykorzysta go aby zbudować poczwórnie równoległy swiat. Może swiaty równoległe to nie fantastyka, może to przyszłość…

 

Po pół godzinnie znudziło nam się leżenie na plaży i oglądanie egzotycznym muszli. Idziemy wzdłuż zatoki mijając wszystko co ciekawego mogło tu się zgromadzić. Może gdyby pracowali tutaj tak szybko jak w Tokyo, mogli by zbudowac Tokyo. Życie jednak toczy się tutaj podobnie jak na każdej prwonicji na całym swiecie. Przez większość dnia ludzie siedzą w domach patrzać przez okno. Pracują trochę wczesnym rankiem zanim robi się gorąco, potem trochę wieczorem. Czasem przypłynie jakis kuter przywiezie trzy kraby, które odwozi się jeszcze żywe do pobliskich hoteli. Przez resztę dnia po ulicach hula nuda i marazm.

 

Mijamy port. Jest upalnie. Wszystko wydaje się być na wpół martwe, zastane w agonii, prawie skończone. Patrzę na stateczki, nie nowe, ale już rozsypujące się; sieci, nie dziurawe, ale smierdzące rybami. Gdzieniegdzie puste skrzynki, czasem jakis rower. Mijamy port i dochodzimy do końca falochronu. Port kończy się, ale można isc dalej, na skały wystające z morza. Idziemy. Wydaje się ładnie, ale jest jakby brudno. Jak już znajduje ładny fragment w kadrze zawsze pojawia się jakis smieć. Tak jak na całym swiecie - smieci, odpadki, które naprawdę nie wiadomo  skąd się wzięły w tym miejscu. Stare opony, tostery, jakies plastykowe wanienki. Czy ludzie idą z oddalonych o kilka kilometrów domów, ciągnąc te smieci za sobą, aby je porzucić własnie tutaj? To pytanie można sobie zadawać równie tutaj co nad rzeką w Paryżu.

 

Siedzimy gdzies niedaleko wysuniętych w morze kamieniach. Wysoki klif odgradza nas od zewnętrznego swiata. Jesteśmy tylko my i morze. Pogoda jest fantastyczna. Po drodze minęliśmy kilka osób, które zbierały mięczaki. Jeszcze nie wiemy, że czesc z nich do nasz dzisiejszy obiad.

 

Długo rozglądam się po krajobrazie szukając jakiegos punktu zaczepienia. Chciałbym powiedzieć, ‘ale super, że jestem nad morzem Japońskim ‘, nic jednak nie znajduje i ostatecznie stwierdzam, że widziałem już dużo lepszych miejsc niż to tutaj. Może nawet nie oto chodzi, żeby klasyfikować krajobrazy, może wystarczy być w pewnym miejscu.

 

Problem z poszukiwaniem Japonii polega na tym, że tutaj nie ma drugiego dna. Japonia jest taka jaką widać. To tylko w naszym europejskim mniemaniu ten kraj ma w sobie magie. Jedyna magia jaka tu można znaleźć to lasy, które są naprawde tajemniczo niespokojne. Poza tym wszystko jest dokładnie tym co widać. Niczym więcej, niczym mniej. Domy, ludzie, sprzęty, a nawet zwierzęta całkowicie akceptują swoją przynależność gatunkową i nie zbaczają ze swojej przypisanej drogi. Dlatego widząc plaże, będzie ona tylko plażą, ale nigdy aż plażą. Nigdy nie padniemy zachwyceni jej urokiem, ponieważ to jest plaża, i nic więcej.

To chyba dlatego nie zachwyciła mnie, żadna z tutejszych świątyni. Wszystkie są naprawdę piękne, kunsztownie wykonane, majestatyczne, choć delikatne, ale są tylko świątyniami. Niczym więcej, puste w tresci. I tak można mówić o wszystkim. Nawet Tokyo, noszące znamiona niesamowitego wydarzenia jest tylko i wyłącznie miastem. Jest najbardziej miastem w pojęciu miasta stworzonym przez europejczyków. Ale Europa nie ma takiego miasta, ponieważ nie jest w stanie go znieść. Europejczycy nie są w stanie życ w miescie, którego zasady sami wykreowali. Japończycy natomiast są. Dla nich miasto jest tylko miastem i niczym więcej. Stad ta idealność Tokyo. Stąd fakt, że nawet najgorsze rudery są czyste i schludne, że ulice są spokojne i ciche, że domy majestatycznie pną się w górą, stoją blisko siebie, ale nie wchodzą sobie w drogę. To wlasnie ta idealność daje porządek w komunikacji i w zachowaniu ludzi, którzy nie rozglądaj się na boki w poszukiwaniu szczęścia, ale przemieszczają się punktu A do punktu B. Bo nie poszukują szczęścia. Bo ich szczescie to ich życie, to w czym są, a nie to co jest na zewnątrz. Dokładna odwrotność tego kim jestem i skąd pochodzę.

 

Minęło trochę czasu i znudziliśmy się nic nie robieniem. Postanowiliśmy udać się z powrotem do hotelu i trochę się odswierzyć. Po godzinach biegania w Tokyo mamy potrzebę przejsca kilku kilometrów na piechote. Dobrze się składa bo do hotelu jest wlasnie kilka kilometrów. Idziemy.

 

Chodznie w Tokyo okazuje się być wiele przyjemniejsze niż chodzenie po prowincji. Zwłaszcza, że na prowincji w większości idzie się pod gore w palącycm słońcu. Po godzinie takiej wędrówki mamy wyraźnie dosyć podróży na ten dzień i marzymy o kąpieli. Docieramy do hotelu lekko wycieńczeni, a właściwie wycieńczeni akurat. Pokój w stylu Japońskim, znów spanie na podłodze.

 

 

Na kolacje  dostaliśmy głownie mięczaki z pobliskich zatok.  Trochę ślimaczków, dziwna owłosiona ryba, jakies kawałki surowej ryby ( zresztą całkiem smaczne ), kolczatke, jakies inne dziwne kawałki mięska i naturalnie zupę do ugotowania. Wszystko było warto spróbować, kiedy jednak rozgryzłem slimaka, doznałem dziwnego uczucia, że to nie jest to co tygryski lubią najbardziej.

 

 

14 07 07 Oga

 

Obudził nas wschód słońca. Jest 3.30 rano, ale za oknem całkiem jasno. Słońce wstaje po drugiej stronie szerokiej zatoki.

W tym samym momencie otwieramy oczy. Najpierw widzę jedynie czerwienie. Delikatnie podnoszę głowę i dopiero teraz dociera do mnie gdzie jestem i co się dzieje. Wschód słońca jest przepięknie majestatyczny. Słónce wlasnie wychyla się znad horyzontu oswietlając rozrźeźbione chmurami niebo. Wszystko płonie jaskrawo-purpurową czerwienią. Wstaje, biorę aparat i próbuje uchwycić to widowisko. Daremnie, kolory aparatu, a kolory rzeczywistości to dwie całkowicie różne sprawy. Postanawiam isc na plaże. Czuję się jak Donnie Darko.

 

Nie jestem zmęczony, wręcz przeciwnie. Czuje się jakby już był dzien. Mój wewnętrzny czas jest przesunięty od tego tutaj o jakies trzy, cztery godziny. Ubieram się i idę. Dobrze, że mam drugie buty, bo w przeciwnym razie musiałbym isc na boso. Wprawdzie drzwi od hotelu są otwarte, ale miejsce gdzie trzymają nasze obuwie ( trzeba zjdać przed wejściem ) zamknięte na klucz.

Jest orzeźwiająco chłodno, ale nie zimno. Te kilka hoteli i niewiele więcej domów spi pogrążone w umykających ciemnościach. Czuje jak z każdą chwilą widowisko które widziałem z balkonu kończy się. Staram się przyspieszyć ale to niewiele daje. Po kilku minutach już jestem na plaży.

 

Widowisko minęło. Słonce wstało.

 

Dzisiaj woda jest wzburzona. Fala szerokim echem odbijają się od brzegu. Morze przypomina to morze Karaibskie, drobny piasek i woda tak fantastycznie buzująca. Probuje zrobić kilka zdjęć, ale bez rezultatu jakiego się spodziewałem. Zniechęcony po prostu przechadzam się po brzegu. Ku mojemu zaskoczeniu odkrywam, że plaża pełna jest ludzi zbierających rzeczy wyrzucone przez morze, częsciowo na sniadanie, a czesciowo jako trofea, chociaż pewnie bardziej na sniadanie.

 

Z czasem jaki spędzam szukając ciekawych muszli rozwidnia się. Robię się zmęczony. To tak jak się wstaje za wczesnie, a potem nie ma się kiedy odespać. Nie znalazłem niczego ciekawego. Może ktos zbiera wszystko co ciekawsze o drugiej, albo o pierwszej w nocy? A może morze nie wyrzuca tutaj nic ciekawego, może nie tym razem.

 

Wracam zmęczony i kładę się powrotem na moje posłanie złożone z materaca i prześcieradła. Chwilę czekam, patrząc w sufit, zanim zmęczenie stanie na tyle dokuczliwe, że będę mógł spokojnie zasnąć. Chwilę potem odwracam się na bok i zasypiam.

 

O szóstej trzydzieści nie można już praktycznie spać. Słońce jest wysoko i oswietla wszystko jasnym światłem. Nie pomagają papierowe ścianki odgradzające nas od balkonu.

Leżę delektując się nudą. Jeszcze godzina, potem kolejna i kolejna. Ten dzień jest wlasnie po to aby nic nie robić. Nie musimy jechać, nie musimy zwiedzać. Czy jednak uda nam się wysiedzieć choćby godzinę na plaży?

 

Przed sniadaniem odbyło się w pokoju niewielkie zamieszanie. Pan odpowiedzialny za składanie poscieli strasznie się na nas zezłościł. Sami już wczesniej złożyliśmy pościel, więc on nie mógł wykonać przydzielonej mu pracy. Bardzo go przeprosiłem, niestety po angielsku. Jutro postaram się nie zabierać mu jego kawałka chleba.

 

Sniadanie wygląda ładnie, z tymże po bliższych oględzinach stwierdzam, że niewiele jest rzeczy które można by zjeć. Nie ma wprawdzie slimaka, jest kawałek wędzonej ryby. Dobrze. Ale nie wielki. Nie najadłem się. Znowu gotujemy zupę. Może nawet nie gotujemy a podgrzewamy. No trudno..

 

W takich wlasnie chwilach bardzo żałuje, że jestesmy w tym miejscu na końcu swiata. Tu nie ma ani sklepu, ani nawet maszyny z batonikami. Nic tutaj nie ma. Mysle, ze gdyby karmiono mnie w taki sposób przez wiecej niż tydzień, szybko zrzucił bym niepotrzebne kilogramy,.. może bym przeżył. Spokojnie można by organizować wycieczki dla brytyjskich nastolatek – opasłych hipopotamów przeżartych dobrobytem. Stąd do najbliższego Macdonalda jest przynajmniej dwieście kilometrów. I transport tam wcale nie jest taki prosty.

 

Zjedliśmy co można było zjesc i postanowiliśmy isc leżeć na plaży. Leżeć tak długo, jak będzie to tylko możliwe. Po drodze odwiedziliśmy cos w rodzaju sklepu. Kupiliśmy upatrzone już wczesniej cos, co przypominało ciasto. Wszystko pozostało w tym sklepie śmierdziało produktami morza, lub wygądało jak z morza.

 

Dobrze, że są automaty z puszkami. To one będą chyba nieodzowną czescią moich wspomnień o Japonii. Na całkowitej prowincji, z daleko od cywilizacji a czasem również od drogi, zawsze stoi gdzies jakis automat z colą i kawą. Nie widziałem, aby poza nami ktos jeszcze przyspieszał kroku na ich widok, więc nie mogę powiedzieć, że to czesc starej japońskiej tradycji żywienia; wydaje się jednak, że w Japonii wszystkie rzeczy są dokładnie w takiej ilości jak potrzeba, jestem wiec przekonany, że podobnie jest z automatami do napojów.

 

Pogoda jest wakacyjnie fantastyczna. Słońce rzuca przyjemne ciepło. Wokół delikatnie wiatr. Ponad plażą i częścią zatoki bezchmurne, niebieskie niebo. Dalej, bliżej drugiej strony białe obłoki kotłują się stłoczone nad górami.

Na zmianę leże i plączę się wzdłuż brzegu w poszukiwaniu morskich zwierząt. Wydaje mi się to tym pożyteczniejsze, że zawsze mogę trafić na cos, co dostałem wczoraj na kolacje. Poza tym całkowity brak jutra, brak wczoraj i brak wszystkiego. Swiat odpłynął i pozostała jedynie ta plaża. Piękna, chociaż opuszczona przez ludzi i wszystko co żyje. Jest dokładnie jak w Japońskich bajkach. Klimat miejsca którego nie ma.

 

Idziemy drogą wzdłuż wybrzeża. Nie trwa to jednak zbyt długo. Kilkaset metrów za latarnią morską droga skręca i wzbija się na klifowy pagórek. Potem już odbija zdecydowanie od wody, pozostawiając szeroki pas ryżowego pola. Idziemy nie zważając na słóńce które pali coraz mocniej. Wydaje się, że jestemy na prawdziwym końcu swiata. Niby widać jakich ludzi pracujących w polu, co jakis czas pojazd przetoczy się w kierunku pobliskiego skrzyżowania, ale poza tym pustka. Idziemy w zupełnym oderwaniu od jakiekolwiek rzeczywistości.

Doszliśmy do jakiejs wioski w której nie było nic oprócz stacji benzynowej. Kupiliśmy kawę w puszce ( z automatu ) i idziemy dalej. Skęcilismy w wąską drogę która prowadzi w kierunku morza. W powietrzu czuć zapach morskiej wody. Słońce pali coraz bardziej.

 

Po jakims czasie droga kurczy się do scieżki i wchodzimy w plątaninę zarosli, drzew i pajęczyn. Tą drogą nie szedł nikt już bardzo długi czas. Teraz my idziemy. Coraz to schylamy się, żeby omijać potężne pajęczyny. Rozpostarte na szeroksc kilku metrów, między konarami drzew a trawą na poboczu mogą z łatwością opelsc człowieka, o owadach nie wspominając. Kunsztowne wzory swiecą się w słońcu, właścicieli nie widać. W końcu wychodzimy na niewielką polanę przy morzu.

To miejsce to krajobraz zapomnianego wybrzeża. Kamienista plaża, betonowe falochrony. Wszędzie resztki krabów przynoszonych przez mewy. Zarosla otwierają się tutaj w niewielki dopływ jakiegos strumienia. Szukam pzejscia aby dojsc do plaży przy hotelu. Wspinam się betonowe słupki; pną się na wysokość kilku metrów ponad lustrem wody. Jest cudownie. Słońce swieci; wiatraki lsnią na drugim brzegu. Woda jest niebiesko-niebieska. Ultramaryna. Przejscia nie ma, musimy wrócić do drogi.

 

Zrobiło się upalnie i poruszamy się na tyle szybko na ile możemy. Jednak leżenie na plaży to była dobra opcja i można czasem pożałować, że ma się ochotę na piesze wędrówki. To nawet nie zmęczenie, to brak konkretnego celu. Jako jedyni w tym kraju plączemy się bez celu, plączemy się, żeby zabić czas. Może dlatego ludzie patrzą się na nas z takim zdziwieniem. Co najmniej jakby nigdy nie widzieli białego człowieka.

 

Plaża. Dotarliśmy nieco znurzeni wycieczką. Na wodzie ludzie na deskach z paralotnią. Widzieliśmy jak pływali na czyms takim w Izraelu. Teraz widzimy tutaj. Chwila gdy stawia żagiel i już znika kilkaset metrów od brzegu zatoki. Mijają minuty.

 

Znów siedzę albo chodzę wzdłuż brzegu. Na plaży piasek na zmianę z kamieniami. Kamienie są drobne, albo ostre i wbijają się w stopy. Chodzenie sprawia nieprzyjemność.

Leżymy. Myslę coraz bardziej o niczym, wszystko odpływa i powoli zasypiam.

 

Budzę się po jakims czasie, sam nawet nie wiem po jakim. Słońce pali mocno i czuję że ręce które nie miałem schowane pod koszulką płoną czerwienią. Chowam się cały pod ubranie i próbuje zasnąć. Świadomość pojawia się to znika. Wokół nic się nie dzieje.

 

Teraz już wiem, że się przypaliłem tym japońskim słońcem.

 

 

15 07 07 Shizukuishi

 

Nic nie da się porównać z kawą, kiedy nie miało się jej w ustach przez dwa dni.

Siedzimy w okolicy dworca w Akicie i rozkoszujemy się jakością naszej kawy. Wokół niewiele się dzieje. Na postoju kilkadziesiąt znudzonych taksówek, kilkanaście autobusów. Niestety pociąg mamy dopiero za dwie godziny. Dopiero, ponieważ postanowiliśmy jechać zwykłym, a nie Shinkansenem. Pan sprzedający bilet był równie zdziwiony, zawiedziony jak zawsze gdy odmawiam bilety na pospieszne.

 

To nie Tokyo więc zbudowane tu centrum miasta nie generuje takiego ruchu, ani takiej jakości. Ludzie pojawiają się tutaj jakby odruchowo dążąć do centrum. Kiedy już tu są okazuje się, że tak naprawdę nic tu nie ma, wchodzą do centrum handlowego, plączą się chwilę i zawracają. Po chwili odkrywam, że jest cała masa takich plączaccych się. Większość to dzieci wracające ze szkoły i czekające na pociag do pobliskiej wioski, pewnie ten sam co my. Pozostali to jakies wydarzenia, dziwne twarze, kocie ruchy. To co w Tokyo wydaje się normą, tutaj, na dworcu w Akicie jest smieszne, komiksowe. Postacie mają nam najwyraźniej za złe, że się im bezczelnie przyglądamy. Odwracam się, idę kupić hamburgera.

 

 

Kolejne miejsce o którym nie wiemy nic,  poza tym, że jest w górach.  Pociąg jechał tak wolno, że najwyraźniej wolniej już nie mógł. Co raz jak wjeżdżaliśmy w tunele zadawałem sobie pytanie co by się stało gdyby ktos pomylił tory i z naprzeciwka wyjechał rozpędzony skinkansen. Nie odpowiedziałem jednak, stwierdzając, że w Japonii wszystko działa perspekcyjnie i takie rzeczy się nie zdarzaja.

 

Jestemy na miejsu, to już naprawdę koniec swiata. Jestemy w górach, wysoko ponad doliną z której jedziemy. Droga taksówką ze stacji zajęła nam prawie pół godziny. Kierwca kluczył górskimi drogami tak, że nie wiadomo gdzie dokładnie możemy być. To jednak nie przeraża. Pokój jest w stylu europejskim.

Cudowna kolacja. Takiego jedzenia tutaj nie widziałem Nażarty wracam do pokoju. Kładę się. Leże chwile i zasypiam. Była zdaje się ósma.

 

 

16 07 07 Shizukuishi

 

Sniadanie również cudowne. Ciągle słyszę o jakiejs farmie skąd pochodzi cały nabiał. Zjadamy wszystko ze smakiem, ale czy było to wystarczająco kaloryczne?

Z braku lepszego pomysłu, odcięci od miasta postanawiamy isc w góry. Całkiem nie daleko stąd rozpoczyna się szlak prowadzący wysoko na szczyty. Zabieramy co można i idziemy.

 

Mapa jest całkowicie przeskalowana i nie wiadomo jak daleko jest do poszczególnych miejsc. Droga ciągnie się jednak wzdłuż przepięknego lasu. Mgła nie podnosi się i wszystko tonie w bieli. Las to połączenie europejskich i orientalnych motywów. Widze drzewa które niby znam, rośliny, ale wszystko wygląda inczej, daje wrażenie niesmowitosci, tajemniczości. Rozpływam się w tym widoku.

 

Wydawało się, że to co widzieliśmy wczesniej było perfekcyjne. Po kilku kilometrach dochodzimy do bramy parku narodowego. Tutaj wszystko wygląda jeszcze lepiej. Ten las rozpościera się tutaj na wszystkich wzgórzach. Idziemy drogą, wciąż asfaltową i zapadamy się w tej niesamowitości. Przy jednym z zakrętów strużka wody spływają z gór a przy niej powieszony na sznurku kubek. Rozbawiony wspomnieniami o obozów wędrownych pije górską wodę. Druga sprawa, że mielismy nadzieję na jakis automat z napojami.

 

Droga wije się kilometrami w górę. Nie jestesmy zmęczoni, ale po jakims czasie, wiemy już jaka jest różnica między chodzeniem po miescie a chodzeniem po górach. Poza tym droga się kończy i szlak skęra w dziką puszczę. Wchodzimy między drzewa. Kilka metrów dalej słyszymy cos jakby dzwoneczek, na szyi owcy. Już mielismy wyjsc na drogę i sprawdzić co to jest, ale nie chciało nam się wracać. Owca, skąd tu owca? Dzwoneczek się przybliża i wprawia nas w stan niecodziennego zainteresowania. Budzi się jednak panika i fakt, że weszliśmy już w srodek lasu. Puszcza jest gęsta, droga zarosnieta jakby nikt nią od dawna nie chodził, jest tramatycznie cicho. I ten dzwoneczek, który najwyraźniej postanowił isc za nami. Jako, że przy wejściu do parku była tablica aby uważać na niedzwiedzie, nie mamy odwagi się zatrzymać i sprawdzić co idzie za nami. Delikatnie przyspieszamy kroku, choć za szybko nie możemy isc bo jest slisko. Po jakims czasie dzwoneczek ustaje, las gestnieje.

 

Mijamy gorącę źródła schowane głęboko w lesie. Wszędzie wokoło zapach siarki, mieszajcy się z dusznym powietrzem. Przypomina się Islandia. Dalej strome zejścia po błotnistej nawierzchni. Po godzinie jestemy już cali brudni i mokrzy. Deszcze nie pada, ale to nie ma znaczenia, bo rośliny są mokre. Wszystko tonie w ciszy lasu. Slychać tylko ptaki i nas przedzierających się przez puszcze.

 

Droga w dół zajęła nam naprawdę dużo czasu. Strome zejścia zmęczyły nas i kiedy już doszliśmy do asfaltu byliśmy naprawdę wykończeni. Okazuje się, że to jednak dopiero połowa drogi, bo teraz trzeba wrócić. Aparaty które noszę zaczynają mi ciążyć. Dochodzimy do gorących górskiego potoku i gorących źródeł, które wypływają prosto ze skał. Wrząca woda miesza się z zimną stwarzając przepiękne spektakle. Patrzymy jakis czas, potem idziemy ulicą wzdłuż rzeki. Co jakis czas zapach siarki i nowe gorące źródla. Jest niecodziennie cudownie. Warto było przetaczać się taki kawał przez góry.

 

..

 

 

 

 

 

 

 

17 07 07 Narita

 

To już nie sen, to ostatni dzien w Japonii. Wracamy dzisiaj pociągiem do Tokyo i potem do Narity, gdzie mamy nocleg. Te ostatnie kilka dni na prowincji były dużo lepsze niż te w miescie. Nawet nie wiem jak to określić, ale zbudował się we mnie jakis inny niż na początku obraz tego wszystko. Zwłaszcza Akita i wybrzeże odrealniły nas wyjazd na tyle, że nie wydaje się już taki cywilizowany. Zresztą wczorajsze wyjscie w góry przypieczętowało nasze wrażenia.

 

Siedzę w shinkansenie nieco znudzony widokiem. Łapię jeszcze obrazy, warte zapamiętania. Przypominam sobie jakies ułamki chwil. Umysł odrealnia jednak wszystko. Monotonia.

 

 

18 07 07 Narita Airport

 

Okazuje się, że to co najpiękniejsze jest tam gdzie się tego nie spodziewałem. Lot jest podczas dnia i mogę rozkoszowac się widokami Syberii. Najpierw wybrzeże, a potem już suchy ląd, nieskolonizowany, całkowicie dziewiczy, nienaturalnie naturalny. Patrzę na mapę i próbuje zdać sobie sprawę, że to nie prawda, że swiat jest cywilizowany. Większość mapy zajmują tereny na których nie ma człowieka. A Syberia to już prawdziwa perła w tym względzie.

 

Lecimy 10 tys metrów ponad ziemią, ale to nie szkodzi. Widok z tej odległości jest niedopisania, jest niecodzienny i zapierający dech. Patrzę na góry, lasy, patrzę na tajgę i tundrę. Miejsca w których nie ma człowieka i nie będzie go jeszcze bardzo długo. Świadomość, że jest takie miejsce wypiera wspomnienia z Japonii.

Po chwili przelatujemy na rzeką, to Jenisej. Rzeka jest tak potężna, że niwyobrażam sobie jak wygląda z poziomu człowieka, Szerokie zakola dopływów rozbudzają moją wyobraźnię.

 

Ciągle w głowie mam obraz tego żebraka, który podszedł do mnie na peronie. Byłem tak zamyslony nad możliwością następnego wyjazdu, że prawie go nie zauważyłem. Dopiero po chwili, ocucony ze swoich mysli zrozumiałem, co pokazuje. On pokazywał podniesionym kciukiem OK; uśmiechnął się przy tym szeroko i tak niesamowicie szczerze. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że podszedł tylko do mnie i własnie tylko do mnie, chociaż na peronie stało przynajmniej sto innych osób. Nadinterpretacja? Być może bym tak pomyślał, gdyby nie to nad czym się tak wtedy zamysliłem.

 

 

Radosław Żubrycki 2007

 

 

 

Tekst jest oryginalnym dziełem autora. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone.

Wszelkie publikacje, całości lub fragmentów  bez konsultacji z autorem będą

traktowane jako naruszenie praw autorskich i majątkowych.

 

_______________________________________________________________________________

 

 

 

 

Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com  www.radoslawzubrycki.com   www.cattonii.com   2010