|
Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com www.radoslawzubrycki.com .www.blackwhitearchitecture.com
autor: Radoslaw Zubrycki – architekt, poeta, pisarz
[ Tekst opublikowany bez korekty edytorskiej ]
Jordania jest jak Polska
Przez długi czas nie potrafiłem znaleźć właściwego porównania aby opisać Jordanie. Minęło już kilka miesięcy i dopiero teraz, będąc w Polsce, znalazłem to czego szukałem. Znalazłem odpowiednie porównanie: Jordania jest jak Polska. Może na pierwszy rzut oka Jordania nie wygląda jak Polska, ale jest dokładnie jak Polska: ludzie, władza, wydarzenia.
Zanim pojechałem do Jordanii, byłem w Izraelu. Miałem nadzieje, że to własnie Izrael da mi interesujące przeżycia. Jordania była jakby obok, jakby dodatkiem. Niestety Izrael jako kraj okazał się bardzo nieprzyjemny, ludzie nie mili, nieskorzy do rozmów, nie wykazujący żadnego zainteresowania swiatem innym niż swoim własnym. Byłem nie tyle może zawiedziony, co zaskoczony. Może włascie dlatego takie wrazenie zrobiła na mnie Jordania. Choć kulturowo całkiem odmienna, okazała się krajem dużo bardziej interesującym niż Izrael.
Granica między tymi dwoma państwami została otwarta zaledwie kilka lat temu. Niewielkie przejescie graniczne na rzece Jordan, chronione jest kilkukilometrowym pasem ziemi niczyjej. Turysta, choc przecież to miejsce zostało stworzone dla jego wygody, nie czuje się tutaj najlepiej. Po przejsciu przez granice szokuje dramatyczna różnica. Inni są ludzie, inna jakość otoczenia, zupełnie inne wrażenia. Jedynym chyba wspólnym mianownikiem dla tych dwóch krajów, jest granica, na której jedni i drudzy celnicy są równie śmiertelnie poważni.
Mój Jordanski kolega – Najeb, zabrał mnie, jednej pijanej, nocy na tradycyjny kebab. Powiedział, że będąc mieszkańcem Ammanu, będąc w roli przewodnika po miescie, musi mnie tam zabrać. Tłumaczył mi, że miejsce w które się udajemy to miejsce kultowe, wręcz magiczne. I rzeczywiście, kiedy tam przybyliśmy, okryłem, że wokół roi się od ludzi. Moje zdziwienie było spowodowane tym, że Amman nocami jest pusty, wręcz wyludniony. Człowiekowi wracającemu chwiejnym krokiem, miasto wydaje się tym bardziej przerażające. A fakt, że w Jordanii alkohol wciąż jeszcze jest mało popularny ( religia zabrania ) nie pomaga oswoić się z miejscem. Byłem zdziwiony widząc tłum ludzi, ponieważ Amman to nie Wrocław, czy Warszawa, gdzie grupki ludzi można spotkać w każdym miejscu i o każdej porze. Lecz może własnie dlatego zaciekawiło mnie to ogniwo łączące to miasto, że wszystkimi innymi miastami na swiecie. Było to rzeczywiscie miejsce kultowe, zresztą jedno z niewielu tak silnie osadzone w miejscowych zwyczajach.
Jest srodek nocy i tak jak w samym miescie jest cicho, tak wokół budy z kebabem kręci się mnóstwo ludzi. Jest nas czterdziestu, może więcej. Nie ma kobiet i dzieci. Sami mężczyźni. Najeb opowiada, że kraj chce uchodzić za nowoczesny, idący z duchem czasu. Jednakże tylko nie wielu stać na nowoczesność. Większość społeczeństwa jest biedna, a tutaj bieda trzyma się tradycji, jedynej prawdziwie pewnej rzeczy. Najeb mówi, że martwi go, że wiele osób wciąż tkwi w tradycyjnym systemie wartości, to nie pomaga rozwojowi. ‘Zupełnie jak w Polsce’ – mysle sobie. Nie mówie jednak tego Najebowi, w końcu nigdy w Polsce nie był. Najeb przepchnął się w końcu przez kolejkę oczekujących i dostał kartkę z numerem 42. W tym momencie obsługują numer 12, więc jeszcze trochę poczekamy. Mi to nie przeszkadza; słucham Najeba jak kontynuuje opowiesc o swoim kraju.
Opowiada, że wyjscia z przyjaciółmi do baru, pubu na spotkania w miescie, są coraz popularniejsze; ze robi tak cała nowobogacka młodzież i trochę ludzi w średnim wieku. Poza tym jeden dzień w tygodniu, czwartek czy poniedziałek, przeznaczony jest tylko dla par. Znaczy to, że wstęp do takich miejsc jak bary czy puby mają jedynie grupy ludzi gdzie jest jednakowa ilość kobiet i mężczyzn. Celem tego, jest zachęcanie kobiet do aktywnego życia w społeczeństwie. ‘ To też prawie jak w Polsce, może tylko srodki nieco inne ‘– mysle, ale znowu nic nie mówie.
Jest pierwsza w nocy. Przy budzie z kebabami, jedynej takiej w miescie, robi się coraz więcej ludzi. Przyjeżdżają żołnierze, studenci, inni. Cały proces przygotowania kebabu trwa może minutę, polega na zwinięciu mięsa i kawałka ogórka w naleśnik z suchego ciasta. Ludzi jest jednak tak dużo, że minuty dodane do siebie zmieniają się w kwadranse. Najeb jest bardzo dumny, że może pokazać mi nowoczesną Jordanie, nie ten obraz z centrum, gdzie ubodzy handlują na ulicach czym popadnie, ale ten obraz gdzie Jordańczyk idzie z przyjacielem polakiem do Pubu i płaci, za wyjatkowo paskudnego miejscowego Heinekena, prawie cztery funty brytyjskie ( cena również dla miejscowych). Taka nowoczesność jest dla Najeba powodem do dumy. Mówi, że jeszcze jakis czas temu, nie było w miescie ani jednego miejsca gdzie można było wyjsc z kolegami. Nie było barów ani pubów. Patrzę na jego zadowoloną minę. Ta Nowoczesność to maska. Nowoczesność jest swoistym przedstawieniem, nie wynikającym z wewnętrznych przemian ludzi. Nowoczesność Jordanii jest zupełnie taka sama jak nowoczesność Polski – powierzchowna, kreskówkowa – z reklam.
Bar w którym spędziliśmy wieczór to miejsce żywcem wyjęte z lat dziewiedziesiątych w Polsce. Drewniane ławy, portrety Che Gewary i jakiej czarno białe przedruki starych zdjęć z Nowego Yorku. Do tego muzyka, zachodnia, lekko rozczulająca, z Jimem Morrisonem na czele listy przebojów. W miarę jak wieczór rozkręca się, mam okazję słyszeć tez kilka rockowych ballad z lat osiemdziesiątych. Widzę jak dzieci bogatych rodziców zatapiają się w chwilową melancholię i kufle piwa. Mają tu ciekawy zwyczaj. Otóż na powitanie mężczyźni całują się. Właściwie obcałowują się namiętnie. O ile w barze nie robiło to na mnie wielkiego wrażenia, o tyle kiedy widziałem to na przejsciu granicznym, było to nieco krępujące, zwłaszcza dla europejczyka, wychowanego w kulturze nieokazywania uczuć.
W barze spotkałem prawie samych rewolucjonistów, młodsi, nieco starsi, wszyscy z całą pewnością przed trzydziestką. Kiedy mówię, że byłem w Izraelu wszyscy zbierają się wokół. Od razu pytają co mysle o wojnie w Libanie, której echa wciąż są tutaj żywe. Zachowują się troche jak dzieci, jak młodzi, radosni komuniści. Mają swoje cele, swojego wroga. Każdy ma tutaj z góry ustalone zdanie. Nikt nie zadaje niepotrzebnych pytań, nikt nie szuka innej prawdy, innej od tej obiegowej. W pewnym momencie wychodze na papierosa, nie mogą już znieść czerni i bieli ich opinii. Cieszą się moją niechęcią do Izraela, ale nie wiedzą nić o ironicznym dystansie do ich samych. To zdecydowanie początek lat dziewiedziesiatych w Polsce kiedy jedni chcieli się utonąc w rozliczaniu przeszłości, a inni chcieli żyć. To jest sposób na życie, ale nie na rozwój. Może dlatego Jordańskie społeczeństwo jest tak odporne na nowoczesność. Może dlatego nowoczesność trzeba tu sprzedawać wraz z codzienną porcją chleba.
Już prawie zapomnieliśmy o naszych kebebach. Minęło prawie czterdzieści minut. W końcu jednak doczekaliśmy się. Najeb jest zachwycony, ja nieco mniej. Dla niego jest to smak dzieciństwa, dla mnie smak do którego nie jestem przyzwyczajony i chyba się już nie przywyczaje.
Dzień przynosi hałas pojazdów i ludzi. Ulice zapełniają się życiem. Ludzie – mężczyźni zaczynają pulsować w rytm codzienności. Kobiet prawie nie widać, młodych w ogóle. W centrum, już od wczesnego rana, sprzedawcy rozkładają smierdzące stragany. Zapachy i antyzapachy mieszają się, wyostrzają i giną. Na straganach znaleźć można wszystko, przeważnie to samo co w supermarketach na całym swiecie. Poranne słońce budzi do życia, perspektywę prawdziwej ruiny, biedy i bezsilności. W oczach ludzi których mijam nie dostrzegam nadziei; może nawet nie tyle tam jej nie ma, co ludzie po prostu nie chcą jej mieć.
Amman jest potężnym miastem rozłożonym na kilkunastu wzgórzach. Centrum to kilka z nich, porośniętych zabudową, starożytne ruiny i ulice pełne chaosu. Zabudowa w całym miescie, jest podobna, monotonna; jasne kilkupiętrowe budynki ciągną się wzdłuż ulic. Wiele z nich nie przypomina domów, ale raczej zdewastowane ruiny. W tym obrazie jedynie budynki rządowe wyróżniają się niecodziennością, głównie widokiem strażników z bronią. Pomiędzy domami zbudowanymi na stromych skalnych zboczach, wyrastają schody. Przecinają wzgórza, piętrzą się ponad domami. Są jak pionowe trakty w poziomym planie miasta; jak dodatkowe ulice, tyle że piesze. Schodów jest nieskończona ilość, po dwieście, trzysta w jednym ciągu. Wspinam się raz, potem kolejny, mijam dwie duże ulice. Już nie wiem gdzie jestem, wszystko wygląda tak samo, zgubiłem się.
W hotelu włączam Jordański telewizor. Przezywam krótki szok. Jordańska telewizja emituje reklamę Polski. ‘Polska – kraj nowoczesny, pełen zagranicznych inwestycji, kraj niesamowitych możliwości.’ Szybko konfrontuję ten obraz z tym co pamiętam, z rzeczywistością którą znam. Te obrazy to dwa różne obrazy. Miasta w Polsce pełne są smutnych ludzi, miasteczka pełne codziennej zawisci, jeśli inwestycje, to tylko dla wyzysku. Mój kolega Najeb opowiada mi o Jordanii w ten sam sposób w jaki reklamy ukazują Polskę. On nie dostrzega biedy, strachu, niepewności, nie czuje współczucia. Dla niego jakość życia to ta w której żyje on, poza tym nie ma nic innego.
Przez pierwsze dni na Jordańskich ulicach czuję się jak indyk; indyk nadziany zielonymi banknotami. Wyraźnie wyróżniam się z tłumu, którego jestem czescią. Nie sposób mnie nie zauważyć. Nie czuję się napiętnowany, ale czuje że jestem zauważalny, obserwowany, dyskretnie kontrolowany. To nie pomaga w robieniu dokumentacji, w przyglądaniu się codzienności. Za każdym razem kiedy zatrzymuje się gdzies na dłużej, zatrzymują się też inni. Zaraz pytają czy mi w czyms nie pomóc, dosłownie: czy mogą mi cos sprzedać, czy czegos potrzebuje. ‘ Niczego ‘ – odpowiadam wielokrotnie już znudzony. Oni jednak nie wierzą.
To co pamiętam z Jordanii najbardziej to portret króla. Ten portret, twarz władcy narodu, towarzyszył mi nie tylko na ulicach i w miejscach publicznych, widziałem go również w sklepach, na straganach, w pokoju hotelowym a nawet w autobusie. Krol! Król jak z bajek które pamiętam z dzieciństwa uśmiecha się do mnie i do swoich poddanych, prawie na każdym kroku. Czasem przygląda się nam samotnie, nieco karząco, czasem patrzy z żoną- byłą Miss, wtedy jego spojrzenie jest pobłażliwe, delikatne. Czy to przypadek, że król ma taką żonę? taka czyli Miss; może ludzi władzy na całym swiecie szukają dokładnie tego samego. Ludzie władzy?!
Na obiedzie u rodziny Najeba poznaję całkiem odmienny swiat niż ten na ulicach. Rodzina u której jestesmy to rodzina zamożnych Palestyńczyków. Mają ziemie, pieniądze, mieszkanie w dobrej dzielnicy i szczycą się tym, dobrze im. Zresztą nie sposób odmówić im klasy i dobrego smaku. Tymczasem widzę kontrast między tym co wjest u nich, a swiatem zewnętrzym. Jest to kontrast tak duży, że zabija we mnie wszelką czułość na detale. Przestaje dostrzegać odcienie dobra i zła, odcienie władzy, tradycji, socjalistycznej równości europy. Kontrast w Jordanii jest czyms ..naturalnym. Podobnie jak w Polsce. Bo przecież bogaci trzymają się razem, a biedni nie trzymają się w ogóle. Kontrast jest sposobem życia, siłą dnia codziennego, warunków kulturowych, ponadczasową potrzebą. Tam, gdzie nie było rewolucji, gdzie ziemia nie przyjęła ofiary krwi, tam nie będzie równości. Społeczeństwa bez rewolucjonistów, bez zabójców, wojen domowych to społeczeństwa niedojrzałe – zbyt przepełnione strachem, zbyt ubogie w odwagę. Nie wiem dlaczego piszę o tym teraz, kilka miesięcy po pobycie w Jordanii. Może to obraz Polski, którą własnie spotykam skłania mnie do przemyśleń. Polska codzienność tak bardzo przypomina mi tę Jordańską; ludzie żyjący jedynie z dnia na dzień, ulice pełne niewiary. I najbardziej doskwiera mi ten cukierkowy obraz reklam na ulicach, ekranach. Ten obraz który buduje fałszywe potrzeby, fałszywe jakości, tak samo w Jordanii, co w Polsce. Pragnienia ludzi programowane są od góry, potrzeby kształtowane są poprzez mechaniczne kopiowanie, często przypadkowo, bez związku z rzeczywistością.
Kiedy celnik oddaje mi paszport zadaje pytanie, czego nauczyłem się w Jordanii?. Patrzę na niego, widzę poważny wyraz twarzy, ‘Niczego’ – mysle. Nic jednak nie odpowiadam. Uśmiecham się tylko i odchodzę. To wszystko widziałem już w Polsce!
Radosław Żubrycki 2007
Tekst jest oryginalnym dziełem autora. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje, całości lub fragmentów bez konsultacji z autorem będą traktowane jako naruszenie praw autorskich i majątkowych.
_______________________________________________________________________________
Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com www.radoslawzubrycki.com www.cattonii.com 2010 |