|
Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com www.radoslawzubrycki.com .www.blackwhitearchitecture.com
autor: Radoslaw Zubrycki – architekt, poeta, pisarz
[ Tekst opublikowany bez korekty edytorskiej ]
‘ Tam gdzie już się nie wraca cz.1 ‘
Wyjazd zakończony. Jest wieczór w Belfaście, 1 stycznia nowego roku. Wszystko stało się snem, historią, przeszłością. To szaleństwo, ta droga, jest już zamknięta, nie wróci. Chociaż ja wciąż jeszcze jadę, będę jechał przez kilka kolejnych dni, może tygodni, ale mimo to czuję jak wszystko się uspokaja, zamyka, zanika… najpierw dookoła, a potem gdzies we mnie. To szaleństwo było warte ceny, jaką przyszło mi zapłacić – już nigdy nie będę taki sam. To co widziałem, czułem, dotykałem, zmieniło mnie, wzmocniło, zbudowało na nowo; tego nie da się zapomnieć ani zabrać; tego nie da się opowiedzieć w sposób aby mogło zostać w pełni zrozumiane.. Każda chwila, każdy obraz jakiego byłem świadkiem, pozostanie we mnie na zawsze, i aż do śmierci będzie pozwalał się sycić. Potem, jeżeli będę głodny, spragniony, jedzenia, lub widoków, pracy albo odpoczynku. Każdą z tych rzeczy odnajdę we wspomnieniach, które stworzyłem, w obrazach które widziałem, swiatach które odwiedziłem. Ja, na zawsze ja.
Ten czas, 7500 kilometrów drogi, oddalania się i zbliżania, powrotu i ucieczki stał się buforem życia które prowadzę. To zderzak na monotonię codzienności, na dni, które nie niosą w sobie żadnych realnych zdarzeń, to koło ratunkowe mojej samotności wśród ludzi gdzie nie ma takich z którymi chciałbym się porozumieć, gdzie nie ma takich którzy chcieliby porozumieć się ze mną. I chciaż jest to jak sen, jak sen o przyszłości, która wciąż jest przede mną, ja jestem po prostu szczesliwy. Wiem ze na chwile, że niedługo to cos znów będzie nas gonić. Wiem, że ja się znów poddam temu z równa radością jak teraz, że równie chętnie ucieknę, będę próbował uciekać. Bo każda z tych małych ucieczek, składa się na siłę we mnie, na dużą ucieczkę, na taką z której już nie wrócę, już nie będę musiał wracać.
Belfast – Sankt Petersburg …i z powrotem.
Dzień kończy się. Początek dnia był tak szalony, jak cały tydzień. Szalony, albo wręcz szaleńczy. Nic nowego, nic czego nie można by się spodziewać. Wszystko, dosłownie wszystko stanęło na głowie; nie wiedzieć czemu, czas skrócił do się długości minimalnej, takiej kiedy zdarzyć można zaledwie na chwile przed zamknięciem. Już mam wrażenie, że nie można szybciej, że nie ma możliwości aby uciec.. i nagle pierwsza, lunch. Wszystko zanika. Szybkim krokiem biegnę do galerii. Miałem isc do banku, ale zmieniłem kierunek. Nie wiedzieć czemu. Tu.. w miejscu zbyktu dziki tłum. Tłum nieogarnięty, tłum nieprzejednany, tlum który ciężko ominąć. Ja jednak już jadę. Ja już jestem poza tym wszystkim. Ludzie, których tysiące ocierają się o krawędzie mojego płaszcza, nie mogą mnie zniechęcić; oni mnie nie dotykają. Są, a ja mijam ich tylko i podązam dalej. Mija chwila już wracam do banku. W galerii nie ma nikogo, nie ma obsługi. Czekam chwile, a po chwili uciekam; dosłownie uciekam. Mijam tysiące ludzi na ulicach, przeciskam się w tłumie, staram się niezauważać, biegnę! To fantastyczne, ale nieznośne jesdnoczesnie. To jakby biec pod wiatr, ciesząc się samym faktem, że można odczuwać, że się odczuwa, że się czuje. To stan odmienny, przeciwny do frustracji; to zatracenie we frustracji, to egzaltacja.
Już minął lunch. Ale wciąż siedze w pracy, wciąż w Belfaście. Mimo, że biegłem przez cały czas, nie zatrzymałem się ani na chwili, nic się nie wydarzyło. Ja wciąż jestem tutaj, wciąż w pracy. Czuję się przerażony, osaczony, zabity. Mijają dwie godziny. Nic się nie zmienia. We mnie wszystko kipi. To już wiecej niż podekscytowanie wyjazdem, odjazdem, przejazdem. To szaleństwo które mnie ogarnia; łakomstwo wrażeń, łakomstwo doznań. Mój mózg, podobnie jak żołądek, czeka na wyjazd, niczym na ucztę; posiłek nieograniczony
Nie wiem kiedy to wymysliłem. To była chwila, to był przebłysk, jak zwykle. Patrzyłem na mapę i po prostu pojawiło się w mojej głowie. A teraz, miesiąc później już jestem gotowy, spakowany i pełen wiary. I tylko minuty, godziny ograniczają mnie w możliwości ucieczki. Bo tym to chyba wlasnie jest,.. ucieczką, podążaniem za odwiecznym pragnieniem człowieka,.. za wolnością. I pójdę za nią, choćby na koniec znanego mi swiata. Bo to jedno uczucie jest mi droższe niż wszystkie inne. Może nawet nie uczcie, ale stan, poczucie wolności, to to co cenię sobie najbardziej. Dlatego uciekam, i dlatego będę musiał wrócić.
21 Grudzień 2007
O 16,45 nie wytrzymuje. Choć w biurze panuje cisza, spokój i jakby marazm, ja podnoszę się z krzesła i zakładam płaszcz. Staram się to robić dyskretnie, spokojnie, tak jak bym szedł do kuchni robić kawę, ale wiem doskonale, że moje zachowanie nie uchodzi uwadze pozostałych. Wszyscy jestemy podobnie zawiedzeni faktem, że musimy jeszcze pracować. Wszyscy mamy świadomość faktu, że to tylko minuty, ale aż minuty. Nikt nie patrzy na mnie, nikt mnie nie dostrzega. Żegnam się z kilkoma najbliższymi osobami, patrze w przlocie na wszystko i uciekam. Wyrywam się jasnemu światłu biura, odrywam się od bazy mojego życia, odcumowuję od senności dnia codziennego. I zaraz po chwili, niczym dziecko wpadam w otchłań ulicy. Jest chłodno. Znów biegne. czuję chłod bo w tym momencie ten chłod dodaje mi siły. O ile początkowo wydawało się, że mam wystarczająco czasu aby zdąrzyć ze wszystkim, o tyle teraz nie jestem już taki pewien. W końcu po drodze do Dublina, na prom, wiele rzeczy może się wydarzyć. A ja mam wszystko policzone, wyliczone jak zwykle. Ludzie patrzą się na mnie; nawet nie ukradkiem. Patrzą na mnie jakby chcieli zawołac ‘ Wariat’ Może wlasnie tak wyglądam. Wyrzucony z pracy, z butelką wina w dłoni, szalenswtem w oczach.
Ale po chwili już jadę. Już siedze w samochodzie, słucham ;Ramones ; i jadę. Ulice miasta powoli zanikają. Po jakims czasie pojawia się ciemność. Odczuwam podniecenie i nienaturalną radosc. ten wyjazd jest czyms wiecej niż wakacjami. Ten wyjazd nie jest wakacjami, takimi chociażby jak w zeszłym roku. To cos w rodzaju powrotu; powrotu do życia, powrotu do samego siebie. Ale nie wiem dokładnie gdzie. Wiem, że spodziewam się dużo; moje oczekiwania są bardzo duże, są wieksze, niż realne możliwości ich zaspokojenia. Ale nie boję się oczekiwać, nie boję się obcować z potrzebami. One są i będą, one prowokują, pobudzają mój umysł do działania. Tworzą mnie jako istotę i tworzę mnie po prostu. Czuję, jak każde kolejne pragnienia, spełniające się pragnienia, te którym ulegam, dają mi coraz wiecej; oddają zainwestowany czas i pieniądze. Czuję jak moje pojmowanie siebie i otoczenia się wciąż zmienia. Nie paraliżuje mnie strach; nie tak jak wczesniej, jak kiedys.
Droga do Dublina jest pełna samochodów. W zasadzie, rzadko który jedzie do samego Dublina, większość z nich zmierza tylko do pobliskich wiosek. Z wiosek do wiosek. kilka kilometrów, wyjeżdżają aby po chwili zjechać z głownej drogi, pojawiają się i znikają po chwilach. Ale przez to ruch jest duży. Jedzie się cieżko. ja marzę tylko o tym aby dojechać do portu; prędzej niż później. W końcu tej rezerwacji nie mogę przegapić. Następny prom płynie dopiero rano, i nie sądzę żeby było na niego miejsca. To wszystko, to szaleństwo, to cos wiecej niż wyjazd. To przełom dotychczasowego życia, przełom naszej małej codzienności. Ja kończe pewien etap w życiu, kończe dotychczasową pracę, kończy się moje życie jako osoby samotnej, dziecko które A. nosi w sobie, jest już prawdopodobnie na tyle duże aby przy niewielkij pomocy mogło przeżyć. To czas zmian. Te zmiany są tak normalne, pierwotne i przewidywalne, co jednoczenie zaskakujące, niewyobrażalne i niebywałe. Chociaż tyle razy wiedziałem o ich istnieniu, słyszałem, oglądałem, nawet się przyglądałem, nigdy nie stawiałem siebie w takiej sytuacji. To ja, tu i teraz; to ja już zupełnie inny niż wczesniej, to ja po prostu. Już wiem, że nie ucieknę przed zmianami. Uciekałem wystarczająco długo. Ten czas przyniesie zmiany.
Droga minęła perfekcyjnie. Nie martwię się tym, ze nie ma zadnych wrazeń. Nie boleje nad tym, że nic się nie popsuło, że nie było wypadku lub etc; do Dublina dojeżdżam w nieco ponad godzinę, i jestem niezmiernie szczesliwy z faktu, że już nie długo, za chwilę, będę na promie. W tym krótkim fragmencie drogi jest chyba najwięcej niepewności. Nie da się określić co może się wydarzyć już na samym początku, lub na końcu, kiedy po wszystkim będziemy wracać. Nic się jednak nie wydarzyło, spokojnie przejeżdżam przez ulice Dublina. W przeciwieństwie do tego co się spodziewałem miasto wydaje się być pustawe. Ruch jest wprawdzie, ale nie większy niż zwykle. Pojazdy przetaczają się wolno ale sprawnie. Po pól godzinie, spokojnie dojeżdżam do nabrzeża. Krótka kontrola i już jestem na miejscu, czekając na wjazd. Gaszę silnik i wychodze z samochodu. Rozglądam się wokół. Na tle ciemniejącego nieba ( jeszcze gdzieniegdzie widać okruchy dnia ) stoją potężne promy. Ich białe kadłuby, konstrukcje balkonów odcinają się od ciemności i budują obraz niesamowitej przygody. To dla mnie przyjemność; ta przygoda która wciąż jest przede mną, ta radosc z tej krótkiej przyszłości, sen o nieznanym. Jestem oczarowany tak silną potrzebą tworzenia takich zdarzeń. W końcu ten wyjazd nie jest czescią normalnego zycia. Ten wyjazd jest projektem ucieczki, pomysłem, jak przezwyciężyć normalność, chwilą duchowego relaksu. Taki przynajmniej ma być. Jest po siódmej. Kupiłem kawę, siedze w samochodzie i rozglądam się. Już przyjechało trochę ludzi, obsługa promu kursuje między pojazdami, zaraz będziemy wjeżdżać. Ze zdziwieniem odkrywam całkiem sporo polskich rejestracji. Poza tym trochę samochodów z irlandzkimi numerami również okupowanych przez polaków. Wjeżdżamy na prom. Chwila na która czekałem, przez ostatni miesiąc. To jak oczyszczenie od ostatniego czasu, a właściwie od czasu jaki tu spędziłem. Zatrzymuje samochód, wysiadam i idę na górny pokład. Po drodze, ja i wiele osób pierwszy raz na promie gubimy się w gąszczy korytarzy i wąskich schodów. Wydawało by się, że wszystko mu być zaprojektowane jako wyjątkowo proste i klarowne, ale po trzech probach przedostania się do restauracji mam co do tego pewne wątpliwości.
W przestronnym holu polączonym z restauracją rezyduje kilkudziesięciu polaków. Mniej wiecej połowe stanowią rodziny z dziećmi, druga połowa natomiast to grupy ‘znajomych’ ‘kolegów’ którzy zdecydowali się na wspólną podróż do domu. Ci pierwsi zajeli duże stoliki przy oknach. Ci drudzy plączą się między stolikami szukając miejsca lub szczęścia. Odpływamy. Do naszej przestrzeni zaczynają zaglądać pozostali pasażerowie, Irlandczycy, Anglicy. Można ich łatow rozpoznać, wyróżniają się z tłumu nieco przestraszonych polaków. Może nawet nie przestraszonych, ale zaniepokojonych. Miejscowi turyści leniwie przesuwają się od stoiska do stoika, od restauracji do baru, od pokoju gier do sklepu z perfumami. Po godzinie krążenia, wszyscy ostatecznie osiadamy w barze. Ja, podobnie jak pozostali, chociąz wyróżniam się tym, że jestem kompletnie sam. Większość osób podróżuje przynajmniej we dwoje, najczęściej jednak pięcioro. Mi jednak, wersja samotnej wyprawy odpowiada najbardziej. Mija kolejna godzina. Czas zaczał się dłużyć, a zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie. To więcej niż zmęczenie, to nuda. Prom jest ekscytujący tylko na początku, noi może pod koniec. W srodku, wycieczka jest zupełnie bezpłciowa, nawet nie bardzo odczuwa się kołysanie fal. Płyniemy dosc szybko, ale za oknem jest ciemna noc i nie ma żadnego punktu odniesienia. Byłem na chwile na balkonie na zewnątrz. Zmroziło mnie jednak tak bardzo, że ustałem zalewdie kilka chwil. Na zewnatrz wieje silny, zimny wiatr; w srodku nie można tego odczuć.
W końcu znudzony, na pól zasypiając zaczynam przyglądać się współpasażerom. Wiekoszosc wokół to Polacy. Niektórzy już spią, przysypiają podobnie jak ja, na niewygodnych kanapach, albo plastykowych krzesełkach. Ich dzieciaki zaczeły się bawić w chownego. Biegają więc wokół i krzyczą. Dwa stoliki ode mnie usiadło dwóch buraków. Młodzi, może dwadzieścia kilka lat. Rozsiedli się jak w domu przed telewizorem; bujają się na krzesłach i toczą arcynudną rozmowę o współpasażerach swojej podróży. Jeden jest wyraźnie typem człowiek, którem wszystko w życiu przeszkadza. Głosno i bez ogródek opowiada o ‘ciągłym jebaniu za scianą’ o ‘ kurwach, które przychodzą na imprezki’ o jakims Marcinie ‘ kretynie, który jest podobno nieźle ustawiony’. Jego kolega słucha go z wielkim zainteresowaniem. Mija piętnaście minut i mam szczerze dosyć informacji o tym w jakich warunkach mieszkają Polacy w Dublinie. Odwracam głowę w poszukiwaniu innych. To jednak nie przynosi żadnego rezultatu. Tylko ten typek ze swoim charakterystycznym ‘ Kurwa, stary’ jest słyszany. Dalej przy barze jak stary angielski dziad złapał w kleszcze rozmowy jakiegos młodego chłopaka z polski. Tak charakterystynego początki rozmowy nie da się przegapić. Najpierw twarde gardło zachrypiniete angielskie skąd jestes, a potem miękka, niepewna, wątła odpowiedź polaka ‘ z polski’. Noi oczywiście dziad nie przepuszcza tak swietnej okazji, aby sobie pogadać. Polak widziałem chciał odejść, ale tamten bez wachania kupuje dwa piwa w barze i już po chwili są najlepszymi przyjaciółmi. Chcę sledzić losy tej pogawędki dalej, ale odchodzą od baru i znikają gdzies między stolikami. Później jeszcze widzę jak dziad ze swoimi kolegami urabiają polaka .. być może jednemu nie uda się dotrzeć na wigilię na czas.
W końcu po prawie czterech godzinach docieramy do Holyhead. Blade swiatła przystani, słabo przenikają przez ciemność nocy. Stoję chwile na dziobie patrzac jak prom wykonuje obrót. Potem, podobnie jak pozostali idę do samochodu. Kiedy siadam za kierownicą znów czuję jak krew pulsuje szybciej. Z jednej strony wydaje się jakbym był zmęczony, osowiały, ale z drugiej wszystko mysli o powrocie do domu wracają. Egzaltuje się myslą o tej drodzę którą mam wciąż przed sobą. W końcu jak dotąd przejechałem jedynie niecałe dwieście kilometrów. Nie wiem jednak ile jest do końca. Jedziemy. Prom przycumował i zostaliśmy wypuszczeni. Jak psy gończe spuszczone ze smyczy, wszyscy Polacy, jeden przez drugiego próbujemy się wydostać i doków. Poruszamy się wolno, pieć może dziesięć kilometrów na godzinę, ale wydaje się jakbyśmy mkneli po autostradzie. Mijają minuty, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, spokojnie wyjeżdżamy z portu, potem z miasta. Wyjeżdżamy na dwupasmową drogę i rozjedzamy się w takiej kolejnesci w jakiej nam się spieszy. Ja martwię się jedynie o paliwo. Już bedąc w dubilnie w porcie zorientowałem się że strzałka opadała na prawie samo dno i nie pojade zbyt daleko. To co mnie utrzymuje w ruchu to nadzieja, że w Anglii stacje beznycowe działają całą noc. U Irlandii jest takich chyba tylko kilka. Przejeżdżam dwadzieścia mil i rzeczywiście znajduje czynną stacje. Tankuje i wyjeżdżam na krętą górską drogę, prowadzącą na skróty w kierunku Londynu. Miałem do wyboru dwie drogi, jedną tą, a drugą przez autostradę z nadrobieniem kilkudziesięciu kiliemtrów. Wybrałem tą, bo w jakims sensie nie chciałem sobie upraszczać zadania. Z drugiej strony, mimo iż jest noc, chcę choćby przez chwile odczuć klimat angielskości, a może raczej walijskości, w końcu przejeżdżam przez Walie.
Nastała noc w pełni. Droga jest pusta, pozostali wybrali autostradę. Ciemna jezdnia rozświetlona w blasku księżyca wydaje się ciągnąc nieprzerwanym strumieniem. Nie od razu odkrywam piękno otaczającego krajobrazu. Początkowo jestem trochę spięty, jakby zaniepokojony. Lubię jeździć nocą, ale cos jest w tej wyprawie czego się obawiam; ciezko to opowiedzieć, jakby czuł na sobie oddech drugiej osoby, albo stanu z przeszłości lub przyszłości. To uczucie zacząło mi towarzyszyć jakis czas temu. Ale kiedy zostaje sam, nasila się, staje się prawie namacalne. Czas mija wolno. Za wolno. Mimo wszystko zaczynam odczuwac zmęczenie. Za oknem odrywam majestatyczne wzgórza, pogórki, które po kilku minutach zamieniając się we wspaniałem góry. Światło księżyca oswietla krajobraz na tyle, że jestem pod wrazeniem. Droga wije się między kolejnymi ujęciami. Kamienne granie wspinają się wysoko ponad poziom samochodu, sprawiając wrażenie, że jest się marionetką w teatrze olbrzymów. Po chwili góry znikają i pojawia się las. Drzewa rozpościerają nagie konary szeroko ponad drogą. po obu stronach drogi kamienne mury. Wśród ciemności w jakiej się poruszam i niewielkich przebłysków swiatła księżyca, wszystko zaczyna przyponiać opowieci Tolkiena.
22 Grudzień 2007
Budzę się. Jest wpół do szóstej. Wysiadam. Jest zimno, przenikliwie zimno. Zapalam samochód i siedze jakis czas starając się dojsc do siebie. Wokół nie zmieniło się nic. W hotelowym holu jedynie zrobiło się ciemno. W kilku pokojach tlą się jakies swiatła. Po kilku minutach znów jestem na drodze. Wypijam łyk herbaty, wciąż jeszcze jest ciepła i jadę. Na zewnątrz wciąż jest ciemno, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Przez ostatnie miesiące znów musiałem się przyzwyczaić do ciemności. Może nawet nie tyle przyzwyczaić co zaakceptować. Droga powoli zapełnia się pojazdami. Podążam za dostawczymi. Wyjeżdżają tuż przede mną; wloka się; po kilku kilometrach znikają w jakichs bocznych zaułkach. I tak mija pierwsza godzina tego dnia. Potem wyjeżdżam na dwupasmówkę. Nie jest to jeszcze autostrada, ale droga jest szeroka i co jakis czas oswietlona latarniami. Jedzie się nadzwyczaj dobrze. Dojeżdżam do Shewsberry. Na obwodnicy miasta stoi policja, z jakiegos powodu zamknęli drogę i kierują na objazd. Co za pech. Już miałem wrażenie, ze wszystko będzie szło sprawnie i bez przeszkód. Skręcam w drogę na którą mnie skierowali, ale bez GPS nie do końca wiem w którą stronę jadę. Droga się boczna, wąska, nie ma żadnych kierunków. Po kilku milach mijam niewielkie miasteczko i stwierdzam się, ze zgubiłem. Próbuje odnaleźć się na mapie, ale nie wiem gdzie mogę być. W akcie desperacji i złorzeczeń na policje zatrzymuje jakis samochód i pytam się o drogę. Młody człowiek z pewną rezerwą na początku, ale po chwili chętnie udziela mi informacji. Wskazuje mi miejsce na mapie, gdzie jestem ( to zupełnie w innym miejscu niż szukałem ) i opowiada jak mam jechać aby dojechać do drogi której szukam. Opowiada, nie inaczej tego nie można nazwac: musisz jechać prosto, az do niewielkiego mostku, to taki kamienny mostek, musiałes go mijac, jadać tutaj, nie skręcasz jednak przy nim, ale dwie drogi dalej, ponieważ tędy było był zbyt skomplikowane, aby Ci tłumaczył… itd. Słucham go z grzeczności go końca i wracam do skrzyżowania na którym stali policjanci. Miałem nadzieje, że ich już nie będzie, ale oni wciąż tam stoją. Jadę więc w przeciwnym kierunku, czyli do centrum Shewsberry. Po chwili już wiem, że tędy należało jechać; jest dużo kierunkowskazów na autostradę na którą podążam. Więc jade już spokojny, nadrabiam stracony czas, choc nie jest to proste, bo ruch ożył. Nic dziwnego, sobota rano, tuż przed swietami.
W końcu skończyłem z drogą A5. Po stu milach mimo wszystko zaczęło mi się dłużyć. Chcę już jak najszybciej dostać się do głownej autostrady. Jednak wracać postanowiłem również tędy. Te widoki w górach stały się dla mnie tak niezwykłym, że chcę zobaczy te góry wdzień. Wciąż mam w głowie te obrazy z przed kilku godzin, te majestatyczne, ciemne sylwetki, wręcz patetyczne, nieogarnięte z poziomu człowieka. Nie wiem czemu, ale Anglia wydawała mi się krajem bardzo zbliżonym do północnej Irlandii, lub patrząc odwrotnie, Północna irlnadia miała przypominać Anglię. Nic jednak bardziej mylnego. To co zaczałem oglądać przerastało nie tylko moje wyobrażenia, ale również oczekiwania. O ile lecąc samolotem z Belfastu na Heathrow czy Stansted, nie odczuwa się znaczącej różnicy, o tyle, jeśli jedzie się angielska drogą, różnica jest wyraźna. Szerokie, dobrze oświetlone, jasne, przestronne i bezpieczne angielskie autostrady. Przewidywalni, kulturalni, w większości wypadków mili kierowcy. Oświetlenie nad większość dróg wokół metropolii. To wszystko sprawia wrażenie, że jest się w (może nie tyle w raju ) a z pewnością w kraju wysoce cywilizowanym. Ta Anglia, którą mam okazję oglądać z okien samochodu, to z pewnością nic w porównaniu z tym co mógłbym zobaczyć wjeżdżając bardziej w krajobrazy zurbanizowanych terenów wielkich miast, gdzie nowoczesne budynki ciągną się wzdłuż czystych ulic; gdzie sąsiedztwa są dobrze wkomponowane w otoczenie, pełne zieleni. To co widzę za oknem sprawia, że jakis mit w mojej głowie pryska. Z radością ale również żalem odkrywam, że jedynie to miejsce w którym obecnie mieszkam, jest tak fatalne, nawet nie dające nadziei na zmiany. A wszystko poza nim, swiat, wygląda zupełnie inaczej, jest jasny i przyjazny ludziom, czysty i wolny od tej mikroskalowej ignorancji.
Zjeżdżam na pierwszy napotkany parking. Raz że chce uzupełnić paliwo, aby nie musieć się już zatrzymywac, dwa, że musze chwilę odpocząc, odswierzyć się. W końcu spod hotelu, jeszcze w górach ruszyłem zupełnie z biegu. Zaskoczony odkrywam, że parking jest połączeniem hotelu, restauracji, niewielki galerii handlowej, baru i stacji benzynowej. Wszystko to w jak najbardziej przyjemniej, kulturalnej atmosferze, otwarte 24h. Pijac kawę patrzę na mapę. Do Dover jest jeszcze może 400, 450 kilometrów, a może trochę mniej. Nie chce mi się liczyć, nie chce mi się sprawdzać. W końcu nie o to chodzi. Już mi się przestało spieszyć. Jedyne na co chciałem zdąrzyć to prom z Irlandii, ponieważ miałem rezerwacje. Teraz, to co jest przede mną jest otwarte. Zdecydowałem się jechać Eurotunelem, ale nie mam pojęcia jakie zasady tam obowiązują, ani nawet gdzie dokładnie jest wjazd. W tym momencie prawie całkowicie polegam na tym co widzę, co dzieje się wokół mnie. W pewnym sensie to próba życia chwilą. ‘ carpe diem’, to czego nie mam na co dzień. Chociaż z drugiej strony zdaje sobie sprawę z faktu, że to tylko namiasta, oszustwo na rzecz dobrego samopoczucia. Taka gra na potrzeby samego siebie. Bo jakież złe przygody mogą mnie tu spotkac? .. w tak cywilizowanym kraju…Anglii.
Mijają minuty, kwadranse, godziny, mijam kolejne miasta. Birmingham, Coventry, Northapmton. Mimo iż mrzy lekki deszcz jedzie się dobrze, wręcz cudownie. Na trzypasmowej autostradzie, może jechać na tyle szybko na ile się potrzebuje. Nie zjeżdżam więc z trzeciego pasa, mimo, że nie przekraczam 160 km/h. Wszyscy wokół wydają się nie przekraczać przepisowych 120 km/h. Na początku nie przejmuje się tym zbytnio, potem jednak, bliżej Londynu, kiedy ruch robi się dużo większy już nie jadę tak szybko. Wszędzie wzdłuż drogi widać jasne obudowy kamer. Wszystko co dzieje się na drodze jest monitorawne. To z jednej strony straszne, ale z drugiej konieczne. Nie wiem czy lepiej być monitorowanym i czuć się bezpiecznie, czy czuć się zaniepokojonym, ale mieć wrazenie wolności. Droga przestała się dłużć. Już jest dziewiąta, słucham radia. Ciągłe gadanie działa mi na nerwy; włączam płytę, potem kolejną, wpół do dziesiątej. Dojeżdżam do Luton. To już prawie Londyn. Austorady w tym miejscu mają po siedem osiem pasów. Drogi mijają się przechodząc w kolejne numery autostrad. Ja zjeżdżam na M25 – obwodnicę Londynu. To już prawie Francja; gdy zjadę z tej drogi, będę nieomalże w tunelu.
W międzyczasie zatrzymuje się na krótkie sniadanie. Zamawiam hamburgery, które podaje mi swieży jak poranek Hindus. Nie sposób na żadnej z tych stacji które mijam spotkac obsługę inną niż wlasnie hinduską. Jedzenie wyjatkowo niesmaczne, ale nie wybrzydzam, czy jajko z bekonem i tostem mogło by być lepsze? Wsłuchuje się w brytyjski akcent. Stojąc w kolejce po jedzenie przypatruje się straszemu człowiekowi, który wyjątkowo mocno akcentuje słowo ‘ a Toast’ mówiąc do hindusa, ‘ Can J have a tooaasstt ?! ‘. Jest dokładnie jak na brytyjskich filmach. Nie mniej nie wiecej. Człowiek wyciąga dwudziestofuntówkę i płaci, a potem zapatrzony w Swojego Tosta odchodzi na konsumpcję. Bliżej Londynu wszystko się zmienia. Ludzie, samochody i nawyki. To co widze jest tak fantastycznie innego, od tego co mam na co dzień. To co widzę jest wielkoskalowe, jest żywe, jest naturalnie normalne. Północna Irlnadia, dopiero się rodzi, nie tyle nawet jako kraj, ale raczej jako społeczeństwo ludzi. Oni jeszcze nie wiedzą jak wiele muszą się nauczyć, żeby dojsc do poziomu swoich braci zza morza. Oni jeszcze nie wiedzą jak wiele brakuje im, aby zostać ludźmi; cywilizowanymi, normalnymi, z kompleksami. Bo człowiek bez kompleksów nie jest człowiekiem. Człowiek jako istota musi mieć kompleksy, musi mieć zahamowania i lęki, bo tylko dzięki temu się rozwiją. To motywuje go do rozwoju, do nauki, do walki. Ludzie natomiast którzy nie mają kompleksów, są niczym więcej jak manekinami, bo przecież nie muszą się rozwijać. A czym jest człowiek który się nie rozwija, .. to zaprzeczenie ewolucji.
Londyn jest potężny. Czuję jak mijają kilometry, ale nie czuję żebym się zbliżał do celu. Choć mijam kolejne zjazdy, kolejne miasta osiedla, wydaje się że do Dover jest wciąż dalej niż bliżej. Hempsted, Slough, Reading, Guildford, Crowley, Oxford, te nazwy tylko zmieniają się na tablicach, niczym na wielkich telebimach. Czekam na chwile kiedy w końcu drogi będą czyms wiecej niż tylko tym czym są dzisiaj, na chwile kiedy będą żywe, będą interaktywne, będą współpracowały z użytkownikiem. Kiedy informacje będą nie tylko odbierane, ale również przekazywane z pojazdu, od kierowcy; kiedy drogi i jej użytkownicy będą mogli si komunikować w sposób aktywny, nie koniecznie rozmawiać, ale słuchać, obserwować, pomagać. Przupuszczalnie, za kilka lat może ktos zdecyduje się na pierwsze rozwiązania tego typu, może za kilkadziesiąt lat staną się one standardem. Jadąc w kierunku Dover powoli odkrywam nowy dzień. Słońce wyłania się niesmiało zza horyzontu i oswietla krajobraz. Nie ma mgły czym jestem szczerze zawiedziony, choć nie wyobrażam sobie mgły przy takim natężeniu ruchu. Obserwuje prawie cały przekrój europejczyków, samochody jadą na brytyjskich, irlandzkich, francuskich, holenderskich numerach. Widzę tłumy ludzi zmierzające w różnych kierunkach, jedni jeszcze do pracy, inni już do swoich domów. Zaskakuje mnie, że nie ma małych, gesto rozłożonych parkingów, na wzór niemiecki. |Tutaj wzdłuż autostrad rozłożone są jedynie duże kompleksy, połączenia stacji benzynowych, restauracji i hoteli. Są w odległościach co około 30 mil, co sprawia, że czasem warto zajechać, nawet jeśli wydaje się, że do następnego nie jest tak daleko. Tak też robię. Zajeżdżam na pierwszy napotkany parking. Zatrzymuje się na chwile oddechu, zanim wsiądę do pojazu i dojadę do Francji. W srodku mogę wziąć prysznic z czego z radością korzystam. Odswierzam się i wypijam pozostałą resztę herbaty. Czuje się jak nowo narodzony; swieży; odnowiony. Stoję jeszcze chwilę przyglądając się innym turystom. Ludzie plączą się w tę i z powrotem, podobnie jak ja, zastanawiając się co jeszcze mogą zrobić, aby uprzyjemnić sobie tę drogę.
Wjazd do tunelu znajduje się kilknascie kilometrów od Dover. Naprawdę trudno by było go przegapić, bo od kilkudziesięciu mil wczesniej, ciagną się długie serie tablic informacyjnych. Wydaje się, że ruch będzie dzis naprawdę duży. Większość samochodów zmierzając w tę stronę ma kierownicę po przeciwnej stronie, turyści, pracownicy z Londynu zmierzający na swieta do swoich domów na kontynencie. Słońce wzeszło wyżej, chmur nie ma. Okolica przez jaką jadę jest piękna. Wszedzie wokoło białe wapienne skały na zmianę z zielonymi pastwiskami. Wszystko w przyjemnej atmosferze 7 stopni panujących na zewnątrz. Otwieram okno i nabieram Świerzego nadmorskiego powietrza. Jest przyjemne, tak bardzo swierze, że chciałoby się zatrzymać i zostać dokładnie w tym miejscu; nie podążać nigdzie indziej. W końcu dojeżdżam do wjazdu. Jest kolejka kilkuset pojazdów. Zatrzymuje się, czekam. Słońce swieci mi w oczy, ja chłonę jasne promienie. Niebo jest niebieskie i czyste, zupełnie wolne od chmur; podobnie mój umysł. Jest wolny i czysty, wolny od wydarzeń z przeszłości i przyszłości. Jedyne co jest, co się liczy, to droga. Początkowo kolejka porusza się wolno, potem jednak przyspiesza i po piętnastu minutach dojeżdżam do budki strażnika. Z uśmiechem na ustach proszę o bilet w jedna stronę. Jakież jest moje zdziwinie, kiedy miła pani tłumaczy mi, że na dzisiaj wszystkie bilety są już wysprzedane, że nie ma wolnych miejsc. W mojej głowie następuje cos jakby gradobicie. Misterna konstrukcja całego wyjazdu zaczyna się trząsc i rozpadać. Jakby kruszy się. Pani grzecznie tłumaczy mi, że mogłem sobie zrobić rezerwacje, jak pozostali, i nie ma szans, abym przedostał się dzisiaj, albo nawet jutro. Odprawia mnie szybko i z uśmiech, karze wyjechać, daje kartke z numerem do rezerwaji i macha przyjaźnie na pożegnanie. A ja?!.. ja jeszcze nie mogę przełknąć takiego rozwoju wypadków, nie widzę, nie czuję… już w mojej głowie rodzą się wizje spędzenia dwóch kolejnych dni w oczekiwaniu na przejazd, może zwiedzę Cantebery, a może Londyn… nie mogę wrócić nie mogę posunąć się dalej. Przez kilka minut staram się dodzwonić do rezerwacji. Tam jednak linie są najwyraźniej przeciążone. To więcej niż przekleństwo, to jakis złośliwy los, co mnie podkusiło nie zrobić rezerwacji. Jadę tak przez chwile przeżywając swoję zmartwienie. Po chwili jednak postanawiam wszystko odwrócić. Wyjeżdżam na drogę do Dover. Może jednak jest możliwe znalezienie jakiegos promu. Przecież nie mogę czekac dwa dni, aż znajdzie się miesjce na platformie na kontynent. Pogoda jest cudowna, zresztą podobnie jak okolica. Słońce jest w pełni dnia, dochodzi południe. Coraz więcej wapiennych skał, coraz mniej pastwisk. Łagodne zbocza zmieniają się w strome granie. W mojej głowie zaczyna się koncert niepewności i nadziei. Staram się nie myśleć o niczym innym, jak o tym, że musze przedostać się do Francji ..dzisiaj. Po kilkunastu minutach dojeżdżam do przepięknie położone Dover. Tu białe kilkuset metrowe klify wspinają się majestatycznie ponad poziom wody. Miasto układa się delikatnie, opadając w dół. Nie mam czasu podziwiać. W desperacji szukam znaków na nadrzeże. Staram się nie myśleć, nie analizować. W pewnej chwili olśnienie. Tablica ‘ Przecenione bilety na dzisiaj’. Zatrzymuje się niemal z piskiem opon.
Już wszystko minęło. Już nie pozostał slad po niepokoju. Stoję na nabrzeżu czekając na wzjazd. Nie ma tłumu oczekujących, można wjechac zupełnie od ręki. To co się dzieje przed tunelem to jakas paranoja. Tutaj przy promach jest kompletny spokój, marazm wręcz. Wysiadam z samochodu, gaszę silnik i patrzę w słońce. Teraz wydaje się jeszcze przyjemniejsze niż wczesniej. Jest ciepło, może dziesięć stopni powyżej zera. Co za wspaniała odmiana od tego zimna, które ostatnio stało się permanentnym elementem życia w NI. Wokół mnie również pełno samochodów z Polski. Ale tutaj ludzi wydają się być inni, bardziej zajęci sobą, nie zwracają uwagi na pozostałych; no może zaledwie garstka obserwuje. Przecieram szyby w samochodzie. Czarny kolor zmienił się w szary; samochód przybrał kolor błota. Wszystko jest ciemne i brudzi. Mija chwila i już siedzę w srodku i poruszam się wolno w kolumnie w kierunku rampy. Cóż za przyjemne uczucie.
Kupiłem w barze piwo i wyszedłem na zewnątrz. Stoję na najwyższym pokładzie i patrzę na uciekające fale. Prom najpierw wolno, a potem minąwszy betonowe zapory coraz szybciej oddala się od Dover. Co za cudowny widok. Białe połacie wapiennych skał ześlizgują się stromymi zboczami ku falom. Morze w blasku słońca zrobiło się turkusowo- żółtawe. Woda nabrała blasku nieba i wszystko przenika się wzajemnie. Tłum ludzi obok mnie, podobnych do mnie; nie zauważam ich; nie ma ich. Pozostałem jedynie ja; słońce, wiatr i fale przede mną i za mną. Tak sobie wyobrażałem powrót do domu i tak to wyglądą. Nie ma nic przyjemniejszego jak wracać, .. jeśli ma się dokąd wracać. I nawet jeśli ta cała podróż jest w dużej mierze wymysłem mojej chorej wyobraźni, to nie mogłem wymysleć nic bardziej trafionego na ten czas. Nie ma nic przyjemniejszego, niż wracać. Prom powoli oddala się od Dover. W oddali płynie drugi, budując perspektywe, punkty odniesienia. Plany, którymi są skały, inne statki, i horyzont, wyraźnie odcinają się od siebie będą jak najbardziej przyjemne w odbiorze. Mnie jednak najbardziej pociąga widok słońca. Znajduje się przyjemne miejsca schowane od wiatru i staję z kuflem piwa patrząc w jasnośc. Jest cudownie; czuję się fantastycznie wolny; normalność w nienormalności. Wiem że ten moment będę wspominał zawsze, zwłaszcza dla swojej przyjemności w przyszłości. Czas nie istnieje. Czasu nie ma. Wszystkie wydarzenia dzieją się jednoczenie, a jedynie ograniczoność naszej percepcji sprawia, że tego nie zauważamy, nie możemy zrozumieć. Jeżeli jest rzeczywiście jedynascie wymiarów jak się ostatnio modnie twierdzi, to wszystkie pozostałe jakich nie znamy musza być w naszej głowie; tam gdzie kołtują się wspomnienia o przyszłości, przeszłości i o tym co wydaje się nam teraxniejszoscią. Bo tak naprawdę nic się nie porusza. Czas się nie porusza i my się nie poruszamy. Fale uderzają w struny naszej świadomości sprawiając wrażenie ruchu. Ale tak naprawdę są to jedynie drgania, drgania w równowadze, spiew bogów, o ile Ci wogole istnieją.
Po jaklims czasie Dover zupełnie znika za horyzontu. I nie ma już Dover. Jakby nigdy nie było, przynajmniej dla mnie. Ja już wypatruje plaży w Calais. To teraz moja przyszłość i teraźniejszość. I już jest, po chwili pojawia się plaża w Calais. Najpierw cienka biała linia, potem zielone wzgórza, a potem już domy, bloki, zarys miasta. W końcu wszystko kształtuje się w krajobraz nabrzeża. Stoję jeszcze chwile, przyglądam się, patrzę, a potem już tylko idę w kierunku schodów. Po chwili wszyscy wsiadamy do pojazdów. Prom cumuje jeszcze przez chwile, kilka sekund, minut. I brama promu otwiera się. Słońce wpada do wnętrza ładowni; jest kusząco ciepłe, znajomo letnie. Marzę o wakacjach, takich jakie ma się podczas studiów, trzymiesięcznych, długich wakacjach, gdzie nie trzeba się martwić niczym, jak tylko brakiem pieniędzy. .. czyli możliwości.
Morze jest fantastycznie turkosowe. niewielkie fale zaginają głebię niebieskości, łączą ją ze promieniami słońca i tworzą zarysy nowych kolorów, cała gama od ciemnego różu do jasnej zieleni. Stoję wciśnięty w konstrukcję promu. Rozpuszczam wzrok aż do nieostrości widoku. Tylko resztki swaidomosci pozostały we we mnie, niczym tratfy ratunkowe trzymają mnie na powierzchni swiata. Inaczej rzuciłbym się w fale, bez żalu, bez żalu tej chwili jak i każdej kolejnej bądź poprzedniej. Popłynął bym do miejsca gdzie powstałem, do początku mojego istnienia, mojej duszy. Znów chciałbym stanąć przed sobą samym czysty, zupełnie bez wspomnień, jak wtedy kiedy się urodziłem.Chciałbym powiedzieć sobie wtedy, że wszystko co się zdarzyło w moim życiu, każdy dzien, każde słowo, są bez znaczenia, że wypieram się ich, aby powrócić do stanu początkowego, do stanu idealnego. Wskoczyłbym w fale, aby utonąć dla życia, ale odnaleźć się ponownie na początku mojej drogi, po raz kolejny, raz jeszcze taki cudownie samotny i całkowicie inny niż teraz. Chciałbym wierzyć, ze jest to możliwe, a potem przeżyć to wszystko jeszcze raz, bo od siebie samego nie można uciec.
Zjeżdżam z rampy i podążam za wszsytskimi, jeszcze przez jakis czas jedziemy wzdłuż portu. Potem przejeżdżamy przez bramę i wyjeżdżamy na drogę, rozjeżdżamy się na rondzie, każdy w swoim kierunku. Ja również. Nie patrzę już na innych, już tylko widzę znaki przede mna, kierunkowskazy do domu.
Budzę się. Jest chłodno. Podnoszę głowę. Jakis ruch na parkingu. Kilku mężczyzn przechadza się wokół pojazdu obok. Stawiam fotel z powrotem do pionu. Patrzę chwilę zaspany, ale mam wrażenie, ze jeszcze nie do końca rozpoznaje rzeczywistość. Jeszcze chyba spię. Zapalam silnik. Rozglądam się. Cofam. Patrze na zegarek. Prawie jedenasta. Spałem ponad dwie godziny. Spałem mocno i przyjemnie. Wyjeżdżam na drogę. Swiatła mijających mnie pojadów migają w ciemności. Są ich dziesiątki, setki. Bardzo gęsty ruch. Wciąż. Miałem nadzieje, że do tej pory osłabnie, ale jak się zdaje wszyscy chcę dojechać jeszcze dzisiaj. Jestem gdzies za Dortmundem. Na drodze orientuje się ze jestem bardziej zaspany niż myślałem. Otwieram okno i wietrze samochód. Wszyscy jadą szybciej ode mnie. Ja dopiero po chwili rozpędzam się do podobnej prędkości. Wczesniej znów staram się obudzić. Stąd jest już prosta droga. Teraz już tylko Hannover, Berlin i dom. Patrze na znak. Berlin – 475 km. Zmroziło mnie. Nie wiem na co miałem nadzieje, że ta tablica zabiła te nadzieje, jeżeli jakies miałem. Trochę zwolniłem przerażony. Ale co z mojego przerażenia. Po prostu musze jechać, nie mam gdzie się cofnąć, nie ma sensu czekać. Przyciskam gaz i jadę. Początkowo kilometry mijają wolno. Mijają zdecydowanie za wolno. Staram się nie myśleć o tym, że liczę godziny jakie mam przed sobą. Wydaje się, że mijają, tylko ja chyba tego nie zauważam. Pierwsza godzina, druga godzina. Na jezdni nic się nie zmienia. Panuje bezksiężycowa ciemność i wyjątkowe natężenie ruchu. Na szczescie trzypasmowa autostrada pozwala pscyhcicznie odpoczywać. Ja trzymam się srodkowego pasa, po zewnętrzym jadą przede wszystkim ciężarówki. Wewnętrzny do pas dla mercedesów, które nie oszczędzają na paliwe. Mijają mnie prawie ze swistem, 190/ może dwieście na godzine. Włączają długie swiatła i przelatują, pozostawiając nas, zwykłych ludzi daleko w tyle. Jazda mimo, że nie jest przyjemna, nie jest nużąca, po dwóch godzinach rozkręcam się i zaczynam mieć z tego przyjemność. Myslę nad wszystkim co wydarzyło się w tym roku, szczczególnie dużo nad Japonią, której przecież nie do końca mogłem posmakować. Wydaje się jak bym nie był przygotowany, jakby ten wyjazd zaskoczył mnie, jakbym nie przewidział, że nie będę potrafił tak od razu przestawić się na zupełnie inny klimat. Najpierw szaleńcza pogoń za nadgodzinami, jeszcze wczesniej konkurs, potem wyjazd, praktycznie z marszu. A potem wszystko ruszyło już lawiną wydarzeń, ciąża, wyjazdy do polski, jesień i znów nadgodziny, i hobby, zainteresowania, które praktycznie leżą zdeponowane od zeszłej wiosny. I ciagle narzekam ze nie mam czasu, że nie mam czasu dla siebie. Ten wyjazd również z marszu, również nieprzygotowany, w jakims stopniu szalony. Chociaż odczuwam go jak najbardziej realnie, odczuwam, że jadę i że robię cos prawdziwego. To rzeczywiście jest jak ucieczka, aby móc wrócić, oczyszczenie, aby żyć normalnie w swiecie, któremu bardzo wiele brakuje do normalności.
Kiedy na tablicy widze Berlin -200, czuję jakbym był już w Berlinie. Czuję również, że przejechałem całkiem spory kawałek. To nie zmęcznie, to świadomość mijającego czasu, lub swojego położenia w tym samym punkcie. Zatrzymuje się na kawę na jakims parkingu. Wokół całe mnóstwo, polaków, Litwinów, Rosjan. Tankuje samochód a przy sąsiednim jakas bójka, ktos wyrzuca kogos z auta, krzycząc, ze to jego. Patrzę, ale nie za długo. Chłopcy są wyjątkowo zestresowani swoim strym BMW. Szarpią się, a ja idę do środka. Płace, parkuje samochód i idę na kawę. Na parkingu słowo ‘ Kurwa’ nie odstępuje większości towarzystwa. Jedna ‘ kurwa’ bo zimno, rzeczywioscie jest zimno. Druga ‘ kurwa’ bo daleko, rzeczywiście jest jeszcze spory kawałek. Trzecia ‘kurwa’ bo funfel nie chce poczęstować petem, to rzeczywiście skurwysyn. czwarta kurwa, bo trzeba się zrzucić na paliwo, a to naprawdę boli. A potem już tylko seria ‘kurw’ odnoszących się do praktycznie wszystkich elementów rzeczywistości, ale najwięcej odnośnie bierzącej sytuacji. W srodku panuje grobowa cisza. Polacy siedzą cicho, skuleni na stołami na których nic nie ma. Ktos nadgryza starą kanapkę. Patrzą się. Polacy to jedyny naród który się patrzy. Nie znam innego, który wykorzystywał by każdą okazje, żeby się patrzyć, co robią inni.. Polacy. Kupuje kawę i starą kanapkę i staję przy stoliku. Nie mogę już siedzieć. Muszę chwilę postać. Patrzę się na nich, tak jak oni na mnie. Przestają się patrzyć, choć ukradkiem wciąż spoglądają. Dominuje schemat dwa plus jeden. Dwóch chłopaków, jedna dziewczyna. Na tej stacji benzynowej panuje wyjątkowo nieprzyjemna atmosfera. Odwracam głowę i wzrokiem trafiam na jakiegos Niemca o ciemnej arabskiej karnacji. też się na mnie patrzy. Jemu jednak daje spokój, gdybym na niego patrzył się zbyt długo mógłby to opacznie zrozumieć. A ja przecież chcę tylko dojechać do domu.
23 Grudzień 2007
Jest cicho. Ciemno. Jestem przyjemnie ożywiony. Jest 3.30 nad ranem. Wokół nie ma nikogo, ani jednego pojazdu, ani człowieka, ani zwierzęcia. Przejeżdżam przez pustą granicę. Przyglądam się opuszczonym budom. Jeszcze tak nie dawno byli tacy gorliwi w wykonywaniu swojej pracy. A dzis już nie ma nikgo. Zniknęli podobnie jak znikają żołnierze, zakazy, nakazy, łamiący te nakazy i ich egezukcje. Nie mogę sobie uswiadomić jak wiele rzeczy człowiek jest w stanie skomplikowac, jak wiele prostych rzeczy. I jak daleko jeszcze nam ludziom, to jakiegos rozwiązania naszych problemów. Tak daleko do stanu optymalnego, gdzie człowiek nie był by wrogiem dla drugiego człowieka. Nie musi być przyjacielem od razu, ale przeciez nie musi być wrogiem. Uwielbiam ten fragment drogi. Niezależnie od tego, że jest asfalt jest wybity i jedzie się okropnie. To zaledwie trzydzieści kilometrów do domu. Uwielbiam ten fragment, bo tutaj, tuż za granicą wiem, że jestem w Polsce. Jechałem tędy już nie raz, a jednak każdy z tych razów, jest równie przyjemny, na nowo przyjemny, całkowicie nowy, uczuciowo atrakcyjny. Najpierw granica w Olszynie. Już teraz bez strażników, bez barier. Potem kawałek niedokończoną autostradą. Ciemność rozbija jasny księżyc. Jego światło staje się drogowskazem do szukających zamarzniętych fragmentów drogi. Widać je doskonale jak swiecą się, wyróżniają z czarnego asfaltu. Zresztą już po chwili nie ma różnicy. Zjeżdżam z autostrady na drogę do Żar. Jednia błyszczy się w kilkustopniom mrozie. Cudownie. W radiu jakas tandetna polska muzyka. Ale mi to nie przeszkadza. Czy to już melancholia? Taki powrót naznaczony tak wzniosłymi, całkowicie bezpodstawnymi uczuciami? Nie jestem pewien skąd te uczucia. Towarzyszą mi jednak zawsze. Mijają na granicach miasta, ale pojawiają się zawsze tutaj, kilka kilometrów przed nim. Droga dłuży się przyjemnie. Nie przyspieszam, wręcz zwalniam, żeby jeszcze choć na chwilę zatrzymac to wszystko w sobie. Ale to niemożliwe. Ten stan ekstyacji powrotem, tym na co tak długo czekałem, nie jest długi, jest wręcz dramatycznie krótki. Ale nie martwię się tym, praktycznie tego nie zauważam. To przecież czekanie jest ważniejsze niż chwila na którą się czeka. To czekanie, ta droga, podróż, to jest najlepsze danie. To co widzę i czuję teraz to deser. Zwykle już jestem zbyt nasycony aby go skonsumować. Mijam Lipinki Lużyckie. Stąd droga jest już właściwie prosta, chwila jazdy przez las i po chwili wynurzają się Żary. Najpierw oczywiście fabryka płyt, oświetlony, buchający białym dymem potwór. Jak z Mangi. Na początku był mały i niepozorny, a potem zaczął się rozrastać i połykać wszystko. Najpierw połknął to co było dookoła niego, a potem wszystko w okolicach miasta. teraz zjada już chyba całe województwo, jak nie więcej i wciąż rosnie. Przejeżdżam, mijam, czuję chłód kończącej się nocy. Wciąż obserwuję szklane odblaski na jezdni. Dochodzi czwarta, jest całkowicie pusto. I tylko znajome ulice; chodniki. Na wszystkich zostawiłem swoje slady; jestem tutaj wszędzie, jak mam cztery, pięć, dziesięć lat. A także potem, kiedy mam piętnaście i dwadzieścia. Jestem tutaj wszędzie; widzę siebie w realności tamych wydarzeń. Bo przecież one trwają, wciąż na nowo. Nie skończyły się i nie zaniknęły. Są tam i będą zawsze. podobnie jak ta chwila, kiedy wracam. I tylko przypominam sobie, jak nie raz na tych ulicach opanowalwały mnie dziwne stany melancholii, jakbym wspominał sam siebie. Bo przecież wspominam, wracając tu i teraz; lecz skąd wtedy miałem wiedzieć, że będę wracał, wspominał. Mijam ostatnie zakamarki; rondo, park, domki. Już jestem pod domem. Dojechałem, jestem szczesliwy.
W domu czas zaczyna się rozciągać. Zupełnie jakby był z lepiej masy która rozciąga się za każdym razem kiedy się zatrzymujemy. Czuję jak jej lepkością można się niemal bawić, jak kolejne litery na zegarze przeskakują powoli, flegmatycznie. Jest czwarta. Poję wino i rozmawiam z T. Uwielbiam takie sytuacje, całkowicie filmowe, jakby nierzeczywiste. A jednak się przecież wydarzają.Uwielbiam widziec siebie w takich sytuacjach, projektować je, a potem przezywać. Nie sądzę żebym mógl nazwać siebie aktorem, nie sądzę abym mógł nazwać siebie reżyserem, to cos więcej, albo mniej, to życie. Rozmawiamy jak zwykle o niczym. Takie bzdury które można bezkarnie mówić tylko o czwartej nad ranem przy butelce wina. Czuję się jakbym ukończył wyścig, jakbym wygrał cos, i wygraną przywiózł do domu. Cudowne uczucie, tak niesamowite jak płynięcie promem z Dover, jak ta ulga jakiej doznałem, kiedy się okazało że jednak uda mi się wrócić. Tego nie da się opowiedziec, tego nie da się w żaden sposób zapomnieć. Mijają kolejne minuty. Butelka opróżnia się. T. idzie jeszcze spać. Ja jeszcze siedze chwilę samotnie. Czuję jak zmęczenie zaczyna przelewać się we mnie, jak opanowuje kolejne fragmenty ciała, jak pulsuje i dociera do głowy. Oczy zamykają się. W domu panuje cisza idealna. Nie chce tego niszczyć. przemykam przez korytarz i kładę się na kanapie w salonie. przykrywam się swetrem i po chwili zasypiam. Tego wszystkiego nie da się zapomnieć.
Budzę się. Jest około dziewiątej. Wstaje i płącze się chwile między pokojem a łazienką. Wszyscy już powstawali. Zaraz musze jechać do Zgorzelca, do A. Czar powrotu nie tyle pryska, co mija. Nie ma już nic z mojej ekscytacji drogą, nie pozostał już cień drogi. Wszystko zostało tam, wtedy, chociaż raczej tam. Teraz, tutaj jest już inaczej. Już jakbym wpadł w inny zupełnie swiat. Tu wszystko jest spokojne, normalne, domowe. Dom jest przepiękną ideą. Trzeba mieć dom, miesjce które można tak nazwać, żeby zawsze była świadomość, że można gdzies wrocić. Oczywiście nie wraca się, ale świadomość, ze można wracać jest ważniejsza nawet od możliwości powrotu. Szczerze współczuje ludziom, którzy nie mają dokąd wracac, bo albo nigdy nie wyjechali z domu, albo tego domu nigdy nie mieli. Zycie jest puste, bez świadomości, że w każdej chwili można się spakować i uciec. Takiemu życiu brakuje wentyla bezpieczeństwa, elementu asekuracji; takie życie nie pozostawia, żadnego wyjscia poza tym, że trzeba życ tym co jest. A przecież poworty lub ich świadomość są naprawdę smaczne; jeśli potrafi się je skonsumować. Jeżeli tylko tego co się widzi, nie bierze się dosłownie; jeżeli pomija się zmiany świadomości. Powroty mogą być równie smaczne jak wspomnienia. Nie należy ich jednak przekładać na teraźniejszość. Trzeba je oglądać i podziwiać i dotykać w połączeniu z przeszłością, ze wspomnieniami, i z marzeniami o przeszłości. Wtedy smakują.
24 Grudzień 2007
Oczekiwanie zwykle sprawia zawód czekającym. Niezależnie chyba od tego na co się czeka. Czas mija za szybko, a wydarzenia, które w naszych oczach urastają do rangi czegos niesamowitego, w chwilach kiedy się dzieja, przemijaja niezauważane. Zresztą nie chodzi przecież o sam fakt, że cos mija. Chodzi o fakt, że się czeka i to on bardziej niż cokolwiek innego determinujący. To czekanie będzie wyznaczało skalę naszego zaangażowania i rozgorycznie. Chociaż może to nie rozgoryczenie, ale napełnienie, które osiągamy gdy dzieją się oczekiwane rzeczy. A potem nie ma już nic. Nie mysli się o tym, że cos zdarzyło, prawie się nie pamięta. Ten dzień, który był symbolem tego powrotu skończył się własnie tak niezauważony. Wydarzenia przetoczyły się przez moją głowę, aby po chwili zakończyć się po prostu. I już ich nie ma. Jest ciemność nocy, która sprawi, że będę czekał na cos następnego, a o tym co się wydarzyło nie będę już wspominał. Ten dzień zamknął się tak dla przeszłości jak i dla przyszłości i tylko cząstka mnie, została w nim na zawsze, do ostatniej chwili biega po sklepach, zastanawia się w czym jeszcze pomóc, przynosi potrawy na stół i mysli o przyszłości, która nie wiadomo jaka będzie.
25 Grudzień 2007
Siedzimy w samochodzie zastanawiając się czy jechać. Z jednej strony zdaję sobie sprawę z ryzyka, a z drugiej po tym co widziałem w szpitalu, nie jestem w stanie zaufać lekarzom, w taki sposób w jaki bym sobie tego zyczył. Patrzymy na zamarznięty zalew i chyba nie myslimy. Poczekamy do wieczora, do rana i sam nie wiem.. Ja pojadę tak czy inaczej. A. wciąż ma silny kaszel i ciezko powiedzieć czy czuje się lepiej, czy nie.
26 Grudzień 2007
Jest 3.30 nad ranem. Swiat zaszyty jest w zimowym snie. Wszystko co widze pokryte jest szronem, mrozem, delikatną warstwą śniegu. Wszystko zatrzymane w ciemnościach. Swiat zamarznięty, zachowany jak obrazek dla potomności, zamkniety w tej końcówce nocy. Zbieramy się. Po kilku dniach snu aż do jasności, mam wrazenie, że wstaję w srodku nocy. Nie jest cieżko, jest inaczej. Powoli zbieramy rzeczy; zanosze do bagażnika. Ten wypełnia się dając sygnał, że zbliża się godzina wyjazdu. Zdecydowaliśmy się jechać oboje. A. wciąż kaszle, ale wydaje się, że już mniej. Po wczorajszej rozmowie z E. obydwoje nabraliśmy pewnego rodzaju optymizmu co do natury tej choroby; trochę nas rozbawiło takie podejście, ale z drugiej strony cos w nim jest. Postanowiliśmy jechać. Mija pół godziny i już jestesmy gotowi. Jeszcze jemy sniadanie. Poganiam A. Nie wiem, jak będzie na drodze, wiem, że mamy do przejechania strasznie daleki odcinek. Mam wrazenie, że jest to niewykonalne. Poza tym jeszcze fakt, że nieznany trasy, nie wiemy dokładnie jak jechać, obce państwa. Cały ten wyjazd pozszywany jest bardziej z naszym marzeń i nadziei, niż realnych planów. Ale tym nie przejmuje się teraz. Nie wiem czy będę przejmował się w ogóle. Ważne, że udało się poskładać wszystko tak abyśmy pojechali.
Czwarta. Wyjeżdżamy. Powoli, spokojnie, aż za spokojnie. Jestem jakby speszony. Jak zawsze na początku jazdy. Za dwie, trzy godziny będę już tylko jechał i nie myślał. Teraz jednak wciąż jeszcze więcej myslę niż jadę. Jezdnia, sliska, delikatny kilkustopniowy mróz. Gdzieniegdzie białe połacie zawianej gołoledzi. Po chwili mijamy ostatnie stacje benzynowe w granicach miasta. Powoli gasną swiatła.
Jedziemy w ciemnościach. Co jakis czas swiatła z naprzeciwka oświetlają drogę. Ta swieci się przez cały czas, jest slisko. Jedziemy nie za szybko, ale w miarę jazdy rozkręcam się. Mijamy Bolesławiec i dojeżdżamy do autostrady. Tutaj ruch praktycznie nie istnieje. Tylko szary asfalt pozwala nieco przyspieszyć. A powoli zasypia, a ja zaczynam zastanawiać się na ile szalony jest nasz wyjazd. Samochodem z Północnej Irlandii, który raz w życiu może przymarzł od -1, do Rosji w zimie, na letnich oponach bo zimowych nie można było dostać. No trochę dziwny pomysł, zwłaszcza, że jedziemy na zaledwie kilka dni. Może gdybyśmy jechali na miesiąc, dało by się to logicznie wytłumaczyć. Dojeżdżamy do Wrocławia. Dochodzi szósta. Miasto ożywa ale bardzo leniewie. W końcu dzisiaj dopiero drugi dzień Swiąt, dzień nudy. Pamiętam z dzieciństwa, kiedy telewizja była dla mnie elementem atrakcyjnym, że w drugi dzień swiąt pokazywano już tylko ochłapy. Wszystko co ‘najlepsze’ wyświetlano w pierwszy dzień, a drugiego dnia, nuda. Dzisiaj chyba jest podobnie, chociaż nie mam telewizora i nie oglądam telewwziji prawie w ogóle. Czasami tylko gdy jestemy u kogos lub gdzies, gdzie odbiornik jest włączony, wtedy oczy same odwracają się w kierunku ekranu – miga. Wrocław świątecznym porankiem wydaje się być pozbawiony swojej codziennej atrakcyjności. Chociaż kiedy przejeżdżamy przez plac Społeczny i dalej przez wyszyńskiego, wracają wspomnienia. To wiecej niż nostalgia, to znów wspomnienia które żyją w mojej głowie własnym życiem; takie jak je zapamiętałem, nie koniecznie tak jak to było naprawdę. Zresztą nie wiem, czy możliwe jest zapamiętanie czegos w sposób obiektywny. W końcu wszystko co dociera do naszej świadomości, przechodzi przez gruby filtr naszej osobowości. To uniemozliwia obiektywizm. Odrealnia wydarzenia. Patrzę na kolejne ulice którymi podążałem do miejsca w którym jestem dzisiaj. Patrzę na ludzi, miejsca, które pozostają niezmienne, które są, będą. Podobnie jak były w przeszłości. Ludzie pojawiają się i znikają w miejscach podobnie jak ja pojawiałem się i znikałem. Niby biegłem, walczyłem, zdobywałem, ale wszystko to wirtualne, wszystko to działo się w mojej tylko głowie. Bez szans na to aby mogło się wydarzyć naprawdę. Bo kto poza mną zapamięta te wszystkie mysli, które miałem przyglądając się pracom architektów, te wszystkie nadzieje pokładane w konkursach, radości i rozczarowania, wiarołomne marzenia i trzeźwe oceny z którymi zawsze miałem niemałe problemy. Bo jak ocenić wydarzenia inaczej jak tylko ze swojego punktu widzenia? To jest niemożliwe. Wszystko co się dzieje, zawsze dzieje się połowicznie w realności i połowicznie w naszych marzeniach. To może dlatego ludzie nigdy nie mogą się zgodzić w jednoznacznych ocenach dalej sytuacji.
Mijamy Wrocław i wyjeżdżamy na drogę do Warszawy. Powoli wytaczamy się z miasta, a potem trochę szybciej. Za Wrocławiem na drodze pojawia się prawdziwa gołoledź i trzeba zwolnić. Słońce powoli wstaje, na razie tylko poza horyzontem, a my toczymy się to 60 to 80 km na godzinę. Dopiero od Wielunia można nieco przyspieszyć. Pojawia się dzień i wyrzuca ludzi z domów. Nie wiem po co ludzie kręcą się o siódmej rano po tych wszystkich dziurach które mijamy. Jest ich więcej niż we Wrocławiu. W mroźnym powietrzu wtuleni w grube płaszcze przetaczają się z jednej strony ulicy na drugą. Nie wiedzieć czemu przyspieszają przed pojazdami. A kiedy już przebiegną w ostatniej chwili, zwalniają i spokojnie podążają w sobie również nieznanym kierunku. Droga nie jest zła, czasami szersza i mniej dziurawa, ale nie wyobrażam sobie potoku samochodów w normalny dzień. Ci ludzie muszą więcej niż być sfrustrowani podążając prawie 400 kilometrów przez miejscowości gdzie trzeba zwalniać do 40 50. Z ciekawością odrkywam fotoradary. Nie pamiętam żeby stały tu wczesniej. Wzdłuż całej trasy przejazdu w prawie każdej miejscowości stoi teraz fotoradar. Co ciekawe ludzie reagują na nie panicznym strachem, większym chyba niż na policjantów na patrolu. Dalej już przed Warszwą ogonek rozpędzonych samochodów z całym impetem wpada do miasteczka, aby wyhamowywać w ostatniej chwili do 70, a zaraz za czujnikiem, rozpędza się od nowa. Wydaje się, że ktos w końcu znalazł sposób na polskich ‘popier…’ kierowców’. Może gdyby radary stały na całej trasie, co 500 metrów, jak słupki z odblaski, wtedy polskie drogi należałby do najbezpieczniejszych w europie.
Godziny mijają w całkowitej bezmyślności. Już zjednoczyłem się z samochodem i wszystko co widzę to droga przede mną. Nie myslę. Wydaje się jakbym po prostu jechał przed siebie, nie wiadomo nawet dokładnie gdzie. Godzina jedenasta, dojeżdżamy do Warszawy. Droga stała się nużąca. To może przez to, że z jednopasmowej przeskoczyliśmy na dwupasmową, szerszą i wydaje się lepszą. Ale przy tak długiej trasie, nie jest to takie jednoznaczne. Czasami lepiej jechać wąską krętą drogą przez las, to tak nie męczy. A tu. wciąż trzeba uważać na kretynów rozpędzających się powyżej 120. Jadą na slepo, z wiarą, ze inni, nie chcą tego dnia umrzeć. Choć przecież jak wskazują statystki czasami spotyka się dwóch którzy wlasnie mają ochotę odejść z tego swiata. Wjeżdżamy do Warszawy, stolicy. Człowiek odczuwa cos co można by nazwać dumą. Nie jest to jednak do końca to uczucie. To może nie duma, ale cos na kształt zadowolenia, .. z faktu, ze Polska również ma swoją stolicę. ‘ Szarość miasta ‘ – tak to chyba można określić. Patrząc na Warszawę, powoli budzące się niewielkie butiki, połatane drogi, krzywe chodniki. Szare i brudne, wyjątkowo nie ładne i całkowicie nie pasujące samo do siebie. Jest drugi dzień swiąt, ale wszyscy się spieszą. Nawet więcej niż spieszą, warujują. Patrzę na wyjątkowo zestresowanych ludzi, to co wyprawiaja starając się przeskoczyć jeden może dwa samochody z mojego punktu widzenia jest komiczne. Wjeżdżamy dalej, między szersze ulice i nieco wyższe bloki. Budynki ciągną się kilometrami szarości. Nie ma w tym miescie nic co przyciągnąć mogłoby oczy człowieka. Miasto jest wyjątkowo zaniedbane, miejscami wygląda gorzej od Havany, choć przecież Havana wygląda najgorzej, w sensie utrzymania. Pojawia się wiadukt, trasa łazienkowska. Betonowe zapary rozpadają się w oczach, popękane, zniszczone przez lata ekspoatacji, wciąż szare, albo jeszcze bardziej szare. Widziałem już w życiu wiele miast, ale to jest wyjątkowo w promowaniu szarości. Pojawia się jakis szlany biurowiec; nuda, jakas dziwaczna forma, mająca sugerować nowoczesność, a tymczasem wydaje się przypominać karykaturę. Niedociągnięcia wykonawcze rzucają się w oczy, bolą niedo sztukowane plastry okien, krzywe tynki. Żałosny obraz. Jedziemy dalej, miasto wydaje się duże, ale tylko przez tempo poruszania się w nim. Gdyby połozyć normalne drogi, obwodnice, drogi dojazdowe i oznaczenia, może by je minąć w 5, może dziesięć minut. Ale to chyba niemożliwe. Zwłaszcza drogi, jeszcze długo pozostaną tutaj, poniżej poziomu trzeciego swiata. Już nawet w Belfaście da się lepiej jeździć niż tutaj, a tam mieszka przecież tylko 300 tys ludzi. i dużo mniej chińczyków niż w Warszawie.
Mijamy most Siekierkowski i kierujemy się na Białystok. Mija południe. Za oknami powoli zapada mrok. Może to jeszcze nie ciemność, ale już ciemna szarość, która niemal zalewa wszystko. Zabiera chwilowe promienie słońca i przypomina tę szarość którą musze oglądać na co dzień, szarość przed pracą, w czasie pracy i po pracy, szarość a potem już tylko ciemność. Mam wrażenie jakby nieistniało nic poza jazdą. Jakby określony cel był jedynym istniejącym zadaniem, jakby wszystkie inne nitki mojego zycia połączyły się jedną linie, w tą drogę. Bo co może w tej chwili istnieć innego? Czy może istniec cos poza tą drogą; to przecież jest zakręt życia; wybór dalszej drogi. I tylko pytanie co wybrać,.. z tych wszystkich możliwości.
Droga staje się nieprzyjemnie nudna. Aż do Suwałek wszystko wydaje się szare. To może przez słońce, które zaczęło już zachodzić. I chmury które jak się wydaje zagęściły się jeszcze bardziej. I po kolei te wszystkjie miasta i miasteczka, ludzie zabiegani w swoich codziennosciach, przejeci nadchodzącymi swiętami, tacy normalni, a dla mnie tacy nadzwyczajni. Przyglądam się im, podziwiam miejsca w których żyją, niewielkie, lub nieco większe, ulice, domy, kamienice, i kościoły, potężne, bazylikowe, XVII i XVIII wieczne. Wydają się gurować nad wszystkimi miejscowościami. Lubię te widoki. Jakby zaprojektowane, a przeciez naturalne, kiedy wyjeżdżając zza pagórków widać w perspektywie kolejne plany: pola, niewielkie domy, i wieże koscioła na wzgórzu. Cudowne. Potem Suwałki. To ostatnie miejsce w Polsce. Jeszcze zatrzymujemy się na chwile. pijemy kawę, tankujemy. Jest zimno, przejmująco zimno. Szybko przebiegamy między pomieszczeniami a samochodem. Po chwili już znów jestemy na drodze. Jest szaro, ale swiat wokół jest biały. Te ostatnie kilkanaście kilometrów w Polsce jest zupełnie pokryte szronem, drzewa, pola i droga. Kryształy zamrożonej wody swięcą się światłem reflektorów. Wszystko jakby zasypiało, jakby gasło, pokryte ciemną wartwą wspomnień.
Wjeżdżamy na Litwe. …
Radosław Żubrycki 2008
Tekst jest oryginalnym dziełem autora. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje, całości lub fragmentów bez konsultacji z autorem będą traktowane jako naruszenie praw autorskich i majątkowych.
_______________________________________________________________________________
Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com www.radoslawzubrycki.com www.cattonii.com 2010 |