Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com  www.radoslawzubrycki.com   .www.blackwhitearchitecture.com

 

autor: Radoslaw Zubrycki – architekt, poeta, pisarz

 

 

[ Tekst opublikowany bez korekty edytorskiej ]

 

 

 

‘ Tam gdzie już się nie wraca cz.2 ‘

 

Wyjazd zakończony. Jest wieczór w Belfaście, 1 stycznia nowego roku. Wszystko stało się snem, historią, przeszłością. To szaleństwo, ta droga, jest już zamknięta, nie wróci. Chociaż ja wciąż jeszcze jadę, będę jechał przez kilka kolejnych dni, może tygodni, ale mimo to czuję jak wszystko się uspokaja, zamyka, zanika… najpierw dookoła, a potem gdzies we mnie. To szaleństwo było warte ceny, jaką przyszło mi zapłacić – już nigdy nie będę taki sam. To co widziałem, czułem, dotykałem, zmieniło mnie, wzmocniło, zbudowało na nowo; tego nie da się zapomnieć ani zabrać; tego nie da się opowiedzieć w sposób aby mogło zostać w pełni zrozumiane.. Każda chwila, każdy obraz jakiego byłem świadkiem, pozostanie we mnie na zawsze, i aż do śmierci będzie pozwalał się sycić. Potem, jeżeli będę głodny, spragniony, jedzenia, lub widoków, pracy albo odpoczynku. Każdą z tych rzeczy odnajdę we wspomnieniach, które stworzyłem, w obrazach które widziałem, swiatach które odwiedziłem. Ja, na zawsze ja.

 

Ten czas, 7500 kilometrów drogi, oddalania się i zbliżania, powrotu i ucieczki stał się buforem życia które prowadzę. To zderzak na monotonię codzienności, na dni, które nie niosą w sobie żadnych realnych zdarzeń, to koło ratunkowe mojej samotności wśród ludzi gdzie nie ma takich z którymi chciałbym się porozumieć, gdzie nie ma takich którzy chcieliby porozumieć się ze mną.

I chciaż jest to jak sen, jak sen o przyszłości, która wciąż jest przede mną, ja jestem po prostu szczesliwy. Wiem ze na chwile, że niedługo to cos znów będzie nas gonić. Wiem, że ja się znów poddam temu z równa radością jak teraz, że równie chętnie ucieknę, będę próbował uciekać. Bo każda z tych małych ucieczek, składa się na siłę we mnie, na dużą ucieczkę, na taką z której już nie wrócę, już nie będę musiał wracać.

 

 

Belfast – Sankt Petersburg …i z powrotem.

 

 

Wjeżdżamy na Litwe.

 

Granica wcale nie zniknęła. Wciąż tam jest i wciąż wygląda jak granica. Wprawdzie po polskiej stornie stoją tylko puste budy, ale po litewskiej strażnicy normalnie siedzą w srodku. Wprawdzie nie sprawdzają samochodów, ale jakby wyczekują, może aż pojawi się ten albo tamten którego należy zatrzymać.

Mijamy granicę i jedziemy w kierunku Kanas. Początkowo czuje się nieswojo, jakbym opuścił dom, jakbym zmienił miejsce pobytu i od razu znalazł się w obcym miejscu. Nie ma znaczenia że jest to UE. To raczje cos we mnie, cos w srodku popowiada że posunęliśmy się krok dalej w kierunku wschodu.

Po kilku minutach zmienia się krajobraz. Polskie rozlazłe w krajobrazie wsie zamieniaja się w zbite kupy po kilka domów, nie miejscowości i nie nie wsie. To raczej niewielkie skupiska chat, porostawiane w róznych miejscach w różnych odległościach. Przyglądam się temu z zaciekawieniem. Są czyms wiecej niż jedynie dezorganizacją przestrzeni. One tę przestrzeń organizują. Są jak wyspy w zamarzniętym krajobrazie. Kilka chałup, kilka drzew i pola dookoła. I zjazd z asfaltowej drogi na zupełnie piaskową. Zresztą wszystkie takie są. Jedyna droga asfaltowa to ta po której się poruszamy. Pozostałe są piaskowe.

 

Robi się ciemno. Tracę możliwość oglądania krajobrazu. Swiat znika w ciemności drogi. Powoli przyzwyczajam się do mysli że brniemy coraz dalej na wschód. Droga wydaje się być gorszej jakości niż w Polsce, ale w zasadzie nie jest aż tak zle jak myślałem. Ruch jest niewielki.

W pewnej chwili zjeżdżając z jakiejs górki widzę tylko czerwony kogut i już jestem złapany na radar. Zatrzymuje nas  policja.

Jacys dwaj młodzi chłopcy mają wyjątkową zabawę. Aż do chwili kiedy odkrywają, że po pierwsze nie jestem Litwinem, a po drogie mam samochód z kierownicą po innej stronie. Pokazują mi radar. No rzeczywiście nieco przesadziłem z prędkością. Nie mam nawet jak za bardzo się tłumaczyć. Każą mi zapłacić mandat. Problem polega na tym, że ja nie mam litewskiej pieniędzy. Boże, co za tragedia. Wydawało by się, ze to już jedna Europa, ale przecież wciąż mamy inne waluty. Rozmowa szybko zabrnęła w slepy zaułek. Ja mówię ze mam tylko dolary, a oni, że mogą przyjąc tylko lity. I tak stoję na mrozie i marznę. Tłumaczą mi że musze zapłacić tutaj i teraz, a ja nie mma ochoty z nimi dłużej dyskutować, bo musze jechac stąd i wlasnie teraz. Mówię bardziej stanowczo ze dam im równowartość w dolarach i do wiedzenia. Pewnie gdybym miał czas, to bym rozmawiał nieco inaczej. Jednak nie mam czasu i nie mam czasu na przepychanki. Patrzą na mnie jak dzieci ze szkoły i pytają się ‘ Co my teraz zrobimy’. Ja wiem dokładnie, co, ale ja tego pierwszy nie powiem. Nie mam zamiaru trafić przed przypadek do litewskiego aresztu. W końcu ten odważniejszy wydukuje z siebie , 50 dolarów i po sprawie. Dostaje 50 dolarów ‘na piwo’ a ja zabieram dokumenty i z poczuciem dobrze załatwionego interesu odjeżdżam. No w sumie, mandat wynosił cztery razy tyle, więc i tak zaoszczędziłem.

 

Droga zaczyna się dłużyć. Przejechaliśmy już prawie 1100 kilometrów i kolejne jedzie się wyjątkowo ciężko. Jestem już zmęczony, a wiem, że musimy dojechać do Wilna. To wciąż około 100 kilometrów. W jakims miasteczku skręcamy w odpowiednią drogę, jest nawet jakis kierunkowskaz i jedziemy. Tej drogi nie ma nawet na mapie, ale mimo to nie jest najgorsza.

Ciemność otoczyła wszystko wokół nas. Gdyby nie odblaski na slupkach wzdłuż drogi można by myśleć, że nic poza nami nie istnieje. Tylko zegary swiecą się w ciemnościach nocy. Właściwie nie nocy, wczesnego wieczoru, wg naszego czasu, według lokalnego dwie godziny później. Dochodzi więc prawie dziewiąta. Ruch na drodze powoli zamiera. Pozostaje w zasadzie kilka pojazdów, sunących, wciąż nieco szybciej od nas w kierunku Wilna. Co jakis czas przyspieszam, potem jednak przypominam sobie zgubione 50 dolarów i zwalniam. Co jakis czas doganiamy pojazd jadący wolniej od nas. Droga dłuży się niemiłosiernie. Zupełnie jakby nie istniało nic poza tą drogą.

 

Dojeżdżamy do Wilna. Jest późno, ale miasto zyje ferworem kolorowych świateł. Wszystko żyje, jest mnóstwo samochodów, jakies wieżowce, wygląda lepiej od warszawy. Może dlatego, że warszawę mijaliśmy w świetle dnia. Wjeżdżam na parking pierwszego napotkanego hotelu. Wygląda na zupełnie nowy. Parkuje i wysiadam. Jest zimno, może minus kilka stopni. Wszystko wokoło nieco zamarznięte.

Dostajemy pokój bez problemu. W ciągu piętnastu minut jestesmy na górze. Wszystko zatrzymuje się. Szukam szczęścia w mini barze. Biorę wódkę i sok. Wypijam szybko. Czuję jak ciepło rozchodzi się wewnątrz. Czuję jak droga przede mną zaczyna zanikać. Czuję jak powoli staję się obojętny na rzeczywistość. To ten stan odwrotny do stanu skupienia za kierownicą. Czuję jak miekną mi kolana. Jest przyjemnie. Znów jestem wolny.

Mimo zmęczenia schodzimy do restauracji. To nawet nie jest głod, to cos innego, jakby potrzeba wypełnienia siebie; jakiegos bodźca który sprawi, że człowiek przyłozy głowę do poduszki i zasnie.

Jest cicho i przyjemnie. Jakies podejrzane towarzystwo obok. A które towarzystwo nie będzie podejrzane, tutaj na wschodzie, dla mnie człowieka z dalekiego zachodu. Chociaz przecież to tutaj swiat wygląda dużo lepiej; jest duży, kolorowy, pełen świateł i ludzi. Zresztą nie tylko tego, ten swiat tutaj, który wydaje się być, a może nawet i jest dziki, jest przede wszystkim czysty, wielkoskalowy, naturalnie nieznany. A tam, na dalekim zachodzie, zaczynając od południowych Niemiec wszystko jest zaprojektowane, nienaturalne, pielęgnowane; nie jest dzikie, nie jest bezpańskie.

To co widze tutaj otwiera się jakością, przestrzenią i naturalnością. Te wszystkie krajobrazy, będące po prostu, istniejące a nie stworzone;; przestrzenie, zastane, a nie zaprojektowane; gotowe, będące od zawsze, wyrosłe przez setki lat; rozciągnięte rozlewiska, łąki które tylko teoretycznie mają właścicieli, rzędy domów ustawione wokół drogi, zapadłe, opuszczone, wśród nich również te zamieszkne. I to co najpiękniejsze, czyli pustka miedzy tym wszystkim. Całe kilometry pustki rozciągającej się kilometrami między jedną osodą a drugą. Pustka będąca lasem, polem, krajobrazem. Pustka będąca naturalnością swiata, której już nie można spotkać w zachodnim swiecie. A tutaj wciąż jeszcze tak.

 

Mój talerz wygląda tak apetycznie, że długo zwlekam zanim postanawiam spróbować. Jest to jakas ryba w przepysznym sosie. Nie czuję już smaków, właściwie to nierozpoznane ich. To jednak co jem jest tak niewymownie smaczne, że nie potrafię tego opisać. To już nawet nie zmęczenie jazdą, to zmęczenie jedzeniem tego sztucznego jedzenia. Bo to co jem tutaj ma smak jak najbardziej prawdziwy, taki do jakiego się przyzwyczaiłem w dzieciństwie, ale z jakiego musiałem zrezygnowac. Wyrzekłem się go już na studiach. A teraz już nie ma powrotu.

Smak tej ryby, będę pamiętał jeszcze długo. To więcej niż smak, to smakowanie. Myslę o tym, przypominam sobie zasypiając. To nie trwa długo, jeszcze chwile pamiętam, a potem już mnie nie ma… już spię. 

 

27 Grudzień 2007

 

Obudziliśmy się zmeczeni. Zmęczenie jest tym bardziej przejmujące, że wciąż jest ciemno. Zupełnie jakby wciąż była noc, a my zagubienie gdzies w krajobrazie poszukiwali nieznanego nam miejsca. Szybko i prawie bezszelestnie zbieramy swoje rzeczy, pakujemy się w chaosie niewyspania. Przez głowę przebija się mysl, że są chyba lepsze sposoby podróżowania niż jazda samochodem.

Schodzimy na sniadanie. Długo wybieram wedliny i sery. Wszystkie pachną zapachem naturalności już z kilku metrów. Niestety zadowalam się jedynie kilkoma. Jestem jeszcze we snie i nie sądzę, aby zjadł zbyt wiele.

Mimo wszystko gdzies w głowie kołacze się mysl, że jestesmy już tutaj, że to już Wilno, a dzisiaj będziemy w Petersburgu. To więcej niż kuszcząca mysl, to mysl jedyna jaka trzyma mnie teraz przy jezdzie.

 

Wsiadamy do samochodu. Było kilka stopni mrozu i wszystko zamarzło. Uruchomiłem silnik przed sniadaniem, tak więc do tej pory zdąrzył się rozgrzać. W srodku jest przyjemnie ciepło, choć można odczuć, że na zewnątrz jest mroźno. Odjeżdżamy. Jeszcze zapytałem o najprosztą drogę. Już jedziemy. Jest około ósmej, jest ciemno. Zmiana czasu znów nie wyjdzie nam na dobre, zwłaszcza, że jest na tyle niewielka że można się przyzwyczaić. Wyjeżdżamy z Wilna. Poranne ulice pełne są ludzi spieszących do pracy. My mijamy ich tylko prawie nie zauważając. Pogada wciąż jest lepsza niż gorsza. Poza tym wciąż nie ma śniegu. Na naszych letnich oponach za daleko byśmy nie dojechali.

Wilno nie jest dużo. Wydaje się być nawet małe, za małe jak na moje wyobrażenia. Bardzo chciałem je zwiedzić, przespacerować się po tym miescie. Ale jeszcze nie teraz, nie dzisiaj. Czas wydaje się być zbyt krótki na wszystko co chciałbym w życiu zrobić.

A przed nami jeszcze tyle kilometrów. Nawet nie liczyłem, żeby się nie zniechęcąć.

 

Wyjechaliśmy z miasta i suniemy dosc sprawnie w kierunku Lotwy. Wprawdzie na drodze co jakis czas pojawiają się ciężarówki i autobusy, ale nie jest najgorzej.

Zaraz za Wilnem krajobraz zmienia się nie do poznania. Znikają chałupy wtopione w krajobraz a pojawiają się przestrzenie pustki i małe brzydkie miasteczka. Domy stają się jednorodne i zupełnie bez wyrazu, widoki nie przyciągają.

Przez sto kilkadziesiąt kolejnych kilometrów nie pojawia się nic co przyciągało by naszą uwagę. Przejeżdżamy przez prowincję prowincji, przez miejsca gdzie nie ma zupełnie nic co warto było by zanotować. Nawet ludzie, spokojni ale beznadziei przesuwają się wolno obok nas. Ze spuszczonymi najczęściej głowami podążają w sobie tylko znanych kierunkach.

Ten fragment swiata robi smutne wrażenie. Nawet smutniejsze niż palestyńskie osiedla w Izraelu. Wydaje się jakby ludzie tutaj pozbawieni byli nie tyle srodków do zycia, co nadziei na cos wiecej. Żyją, choć łatwiej powiedzieć wegetują. Żyją, choć przezywają swoje życia w zupełnym podobieństwie do żyć obok. Wszystko jest takie samo, tak zupełnie takie samo. Każdy przechodzień równie szary, każdy pojazd równie brudny, podobnie drogi i domy i wszystko pozostałe.

Szybko mijamy granice. Tutaj podobnie jak na poprzedniej, wprawdzie szlaban jest podniesiony, ale strażnicy siedzą wewnątrz. Przejeżdżamy i już jestesmy kolejny krok bliżej w kierunku celu. Co jakis czas patrzę tylko na kilometry które mijają. Sto, dwieście, trzysta. Prawie nie czuję, że cały czas się przemieszczamy, ze odległości które pokonujemy, są odległościami, które na co dzień są nie osiągalne; że przemierzamy kawałek swiata.. po co.. w poszukiwaniu szczęścia.

Łotwa traci już europejski wygląd. O ile Litwa czasami przypomina jeszcze znany nam z codzienności ;zachodni’ styl;, o tyle Łotwa wygląda już zupełnie inaczej.

Nie chodzi nawet o fakt, że inni ludzie tworzą odmienne rzeczywistości. To cos wiecej, to sposób życia, sposób organizacji przestrzeni, odczucia, które ma się przejeżdżając przez kolejne miasteczka. I wciąż widzę te osoby idące poboczem w różnych kierunkach. Ale nie w granicach miast, zupełnie poza nimi, kilometry od nich.

 

Davgapils. Wjechałem do tego miasta i od razu miałem to wrażenie. Tutaj można nakręcić ‘ Proces ‘ Kafki. To miasto wygląda wlasnie tak jakby zostało zbudowane na podstawie tej ksiażki. Lub odwrotnie, może Kafka był tutaj i przechadzając się po tym miescie, pisał proces. Niezależnie od tego, ten widok zrobił na mnie wrażenie, a może po prostu mi cos przypomniał. Przejeżdżamy ulice, mosty na rzece Daugawie i jestem już prawie pewien, że gdybym kiedys miał nakrecić proces, będzie to wlasnie tutaj. Wszystko jakby normalne, jakby takie jakie znam, ale trochę inne. Ta mała różnica w wyglądzie ulic i ludzi sprawia, że czuję się nieswojo. I chociaż to wciąż Unia Europejska, to jednak nie jestem pewien jakie tu mają standardy zachowań, zwłaszcza wobec obcych.

Potem już tylko droga do granicy. jest coraz bardziej nieswojo, coraz chłodniej, coraz bardziej pusto. Krajobraz to jakby wyrwa w cywilizacji. Prosta drogą, ciągnąca się przez gigantyczne pustkowie, nie ma nic, nie ma drzew, nie ma gór, po prostu pusty krajobraz, nigdy nie zabudowany przez Boga ani przez ludzi. Zupełnie inaczej niż na Islandii, tam przecież również była pustka, tam również nie było nic; tyle że tam krajobraz był nasycony; tam był krajobraz zbudowany przez bogów, którzy wiedzieli jak go zbudowań aby robił wrazenie; nie tylko majestatyczne góry, ale chyba przede wszystkim pustka ziemi, gdzie lawa stworzała wrazenie krańca ziemi.

Wybiło południe. Pogoda pozostawia wiele do życzenia. Mrży delikatny snieg, wokół jest na zmianę biało lub szaro od błota. Jedziemy wolno, starając się trzymać jednej prędkości. Nie tyle ze nam się nie spieszy, ale chyba bardziej jest ta świadomość, że dojeżdżamy do granicy, gdzie przeciez nie wiadomo co się może wydarzyć. Sam fakt, że wjeżdża się do Rosji, do tego matecznika opowieści o nieznanym; matecznika kultu państwa/ matecznika braku poszanowania dla jednostki. I wszystko czego może się spodziewać w tym momencie staje się zupełną zagadą.

Droga jest pusta. Co jakis czas mijamy tylko jakiegos pieszego na poboczu. Wędrują, ci ludzie nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. Bo przecież nie mijamy żadnych zabudowań w przeciągu kilkudziesięciu kilometrów.

Około 13 jestesmy na granicy.

 

Po prawie trzech godzinach. Nie było kolejki, ale wszystko trwało wyjatkowo długo. Nawet nie tyle wydawało się, że nie możemy przejechać, co bardziej nużyło nas samo czekanie. O ile prościej można zrobić pewne sprawy… w tz cywilizowanym swiecie. To jednak przecież nie tutaj.

 

Zrobiło się ciemno. Jeszcze nawet nie ma piątej. Wszystko co było w zasiągu wzroku, nieliczne choćby zabudowania, teraz zniknęły całkowicie. Wszystko zlało się w czarną masę, bez świateł, błysków. Nie ma żadnych punktów orientacyjnych. Wydaje się jakby wszyscy zapadli się pod ziemię, nagle, w jednej chwili. Chwilami droga jest pusta. Staram się trzymać kontakt wzrokowy z innymi samochodami, ale to nie jest łatwe. Oni jeżdzą dużo szybieciej ode mnie, 110-140km/h; nie przejmują się faktem, że jedznia to tylko asfalt, bez białych lini, bez słupków z odblaskami, bez niczego. Gonią po prostu przed siebie.

Mija kilkanaście minut i wszystko się zmienia. Zaczyna padać cieżki mokry snieg i asfalt zmienia się w białe lodowisko. Samochody zwalniają i tworzy się sznurek czerwonych i bałych światłe. Snieg pada coraz mocniej i po chwili nie widać już krawędzi drogi. Brak odblasków i jakichkolwiek innych znaków uniemożliwa orientacje. Jadę patrząc jedynie na swiatła pojazdu przede mną, ten patrzy przypuszczalnie na tego przed sobą, a wszyscy podążamy prawdopodobnie za kims komu jest wszystko jedno po jakiej nawietrzni się porusza.

Co jakis czas koła wpadają w wyrwane fragmenty jezdni. Czasem mniejsze, czasem tak duże, że mam wrażenie, że koło urwie się, a my utlniemy na tym odludziu na całą noc. Nie chcę jednak o tym myśleć. Taka alternatywa chyba zabiła by we całe człowieczeństwo. Mysl o strachu jaki mógłby opanować człowieka w tej pustce, jest chyba bardziej przerażająca niż ilość kilometrów pozostałych do celu.

Poruszamy się wolno 40/50km na godzinę. W tym tempie w Petersburgu będziemy za szesc godzin. Ta świadomość mnie zabija. A snieg nie ustępuje. Wręcz robi się jeszcze gorzej. Zaczyna padać tak mocno, że prawie nie widać samochodów przed nami. Wszystko staje się białe, a ja z przerażeniem odkrywam, że obraz jest rozmyty nie ostry. A daje mi swoje okulary i nagle zasłona ciemności opada. Okazuje się, że z pomocą szkła widzę Normalnie, ostro, zupełnie jakbym nałożył maskę wyostrzającą. To przerażające odkrycie wiruje mi w głowie. Dzisięc lat siedzenia przed ekranem komputera, studia, potem praca i znowu praca; nigdy nie zdawałem sobie sprawy z realności skutków jakie to za sobą pociąga. Teraz kiedy mogę się o nich przekonać na wlasne oczy czuję się koszmarnie. Wiem, że organizm regenerował się do 25/26 roku życia, że wszystko co zdarzyło się wczesniej, nie pociągało za sobą większych szkód. Wiem również, że po tej granicy, procesu starzenia nie da się odwrócić. Starzenie jest realnym procesem niszczenia się organizmu, zużywania się, albo raczej braku regeneracji. W końcu to ona odziella młodość od starosci. Przypuszczalnie skoro już wypełniłem odwieczne ewolucyjne zadanie, rozmnażanie, proces starzenia może być gwałtowniejszy niż wczesniej. W końcu mój organizm ma świadomość, że misja została wypełniona. Czyż nie?

 

Od granicy przejechaliśmy około stu kilometrów. Było to bardzo długie 100 kilometrów. Snieg przestał padać i zzrobiło się nieco lepiej. Pojazdy jednak poznikały gdzies w ciemnościach wczesnego wieczora i na drodze jest troche nieswojo. Co jakis czas zdarza się, że jedzie za nami samochód, zwalniam wtedy, aby nas wyprzedził. Czasami zdarza się, że i on zwalnia i nie wyprzedza. Jedzie za nami jakis czas, trzyma się blisko, za blisko jak na pustkę na drodze. Patrzę w lusterko i zastanawiam się czy mam na tyle siły aby nie dać się opanować strachowi i nie zwariować. Oczywiście to pytania bez odpowiedzi, rozterki awet nie w mojej świadomości; pozostawiam je zupełnie nagie tak jak się pojawiają i nie udzielam sobie odpowiedzi.. może dlatego że nie jestem pewien.

Pierwszy raz podczas tej jazdy czuję się zmęczony. Właściwie nie jest to zmęczenie fizyczne. To zmęczenie psychiczne, świadomość tego, że jest się w Rosji, że nie jest się nawet w Uni Europejskiej, że jedziemy samochodem na brytyjskich tablicach rejestracyjnych. To nieco przeraża i odrealnia tą drogę.

 

Czas mija wyjatkowo wolno. Przypieszylismy, ale do celu wciąż daleko. Tablice pojawiają się rzadko, a mimo to mam wrażenie, że się nie poruszamy. Wciąż jedziemy przez ciemność. Ciemność po obu stronach drogi, w większości wypadków gęsty las, czasami jakies pola. Ciemność jest również z przodu i z tyłu. Są momenty, że droga zakręca się lub podnosi i wtedy nie widać nic przed sobą. Wtedy jest tylko i wyłączenie ciemność.

A po chwili nadjedża rząd samochodów z przeciwnego kierunku, czesc z nich na długich światłach. Oslepieją tak bardzo, że nie widać zupełnie nic.

Czasami mijamy jakies miasteczka. Ciemne, pozbawione jakichkolwiek świateł. Poznajemy je po konturach drewnianych domów odbijających się cieniami, między drzewami. Nie wiem czy są to miejsca gdzie mieszkają ludzie, czy może opuszczone miejscowości bez żywej duszy.

Czasami pojawiają się przydrożne bary, opanowane o tej porze przez kierowców samochodów ciężarowych. Szerokie pełne błota parkingi, swiecą się z daleka neonami minionych lat. Patrzymy trochę przerażeni, nieco zaniepokojeni. A wszystko w związku z tym, że jestemy w Rosji. Przecież nigdy nic złego nie zdarzyło mi się w Rosji, przecież nigdy tu nie byłem,. A jednak przez lata, jak żyłem w Polsce zdołano mi wtłoczyć do głowy tak wiele stereotypów, że dzisiaj nie mogę jechać spokojnie. Przecież byłem również w innych krajach, równie ‘niecywilizowanych’ ale co do których nie miałem żadnych wyobrażeń. Byliśmy na całkowitym odludziu w Japonii, w Odze, gdzie wyglądaliśmy jak przybysze z innej planety. Ludzie patrzyli się na nas, gapili się i wcale nie robili przyjaznych gestów. A jednak czułem się spokojny, może troche nieswojo, ale spokojny. Tutaj, na tej drodze w Rosji, nie czuje się spokojny choć nigdy nic złego mnie w Rosji nie spotkało. To dziwne, ale wiem że zbudowane przez lata mojego dzieciństwa. Sztuczne, a jednak żyjące we mnie stereotypy, które już zawsze będą we mnie żyły, mimo że o nie nie prosiłem.

 

Mija trzecia godzina jazdy, może czwarta. Dojeżdżamy nie większego miasta. Luga. Tablice informacyje, kierunkowskazy pojawiają się w dwóch formach, napisy po europejsku i po rosyjsku. Są rzadko, ale na tyle gęsto aby się nie zgubić. To pocieszające. Może gdyby nie była to noc, ta jazda mogła by mieć w sobie cos przyjemnego. Już po ósmej. Do Sant-Petersburga nie całe 100 kilometrów. Wiem, że to już nie daleko, że to już prawie i tylko to trzyma mnie przy kierownicy. Co jakis czas zdejmuje okulary i upajam się przerażającą prawdą o moim wzroku. Pamiętam jak zawsze lubiłęm jeździć nocą, bo widziałem wszystko wyjątkowo ostro i dokładnie. Rozpalam się myslą, że te czasy minęły, i minęły prawdopodobnie bezpowrotnie. Naprawdę ta mysl opanowuje mnie. Przemijanie jest namacalne i istnieje w każdym z nas. Pewien etap się skonczył, a zaczął się kolejny, inny, już całkowicie inny. Czuję jak pewne rzeczy zmieniły się i wierzę, że pozostałe zmienią się nawet jeszcze bardziej. Ta mysl z jednej strony przytłacza, a z drugiej buduje obrazy czegos nowego, od czego nie ma ucieczki. Nie wiem nawet czy chciałbym, czy potrafiłbym uciec.

Miasto wyglądem przypomina wszystkie moje senne marzenia. Jest nieregularne, połamane na szereg typów, czyste i schludne, ale tak inne jednoczesnie od tych miast do których się przyzwyczaiłem. Co jakis czas szeroka, odremontowana kamienica swieci się nowym tynkiem w sweitle licznych latarni. Jest dużo swiatła. Zupełnie jakby światło zostało przyciągnięte z całej tej pustki którą widzieliśmy po drodze.

Miasto podzielone jest na dwie czesci, jedna czesc to jednokierunkowa droga do Sanki Petersburga, druga to podobna droga w przeciwnym kierunku, do Kijowa, do którego jest zresztą ponad 900 kilometrów. Brukowane ulice, czarne konary drzew, kilka podejrzanych typów na schodach do monopolowego. To przypomina wszystkie wyobrażenia jakie mogłem mieć o Rosji. Tylko skąd mogłem je mieć? Przecież nigdy wczesniej  tutaj nie byłem.

Mijamy jest kilka domów z wielkiej płyty, kilka wiejskich chałup, posterunek policji i wyjeżdżamy z miasta. Swiatła znikają równie gwałtownie jak się pojawiły, w zasadzie w jednej chwili. Zapora na drodze wydziela przestrzeń przed miastem od ciemności za nim. Znów wpadamy w tę otchłań. Co jakis czas delikatnie prószy snieg. To właściwie nie przeszkadza, choć przecież nie jest to to czego chciałbym w tym momencie najbardziej na swiecie. Jestem już zmęczony. To zmęczenie urosło do poziomu gdzie już nie może być większe. Zmęczone oczy widzą już tylko dzięki okularom, a ręce co jakis czas musze zdejomowac z kierownicy. Na mapie wszystko wyglądało nieco inaczej. Prosta droga prowadząca od miejsca A do miejsca B. Nikt nie wspominał nic o tym, że na jezdni nie będzie białych pasów, odblasków.. etc.

 

Jedziemy coraz szybciej, a kilometry mijają coraz wolniej. Staram się oszukać, że mija ich więcej nich napradę, ale nie udaje się. Tutaj tablice informacyjne stoją już czesciej i umieram za każdym razem widząc wciąż 75, 70, 65. To niby nie dużo, to już przeciez właściwie Sanki Petersburg, ale dla nas, to wciąż dalej niż bliżej. Mniej wiecej 50 kilometrów od miasta rozpoczyna się strefa miejska. Fabryki, transformatorownie, kilka estakad. Wszystko miesza się z ciemnością. Wydaje się że w koncu docieram do miejsca, skąd jest bliżej. Tutaj jednak ruch się ożywia. Droga zmienia się wyraźnie trzypasmową z szerokim dziurawym poboczem. Na drodze rozpoczyna się szaleństwo. Biały kolor śniegu wyznacze granicę bezpiecznej jazdy. Ci z na przeciwka zdają się jednak o tym nie myśleć. Wszyscy przypsieszaja i wyprzedzają. Przyczajam się za kilkoma ciężarówkami i staram się tak jechać. Wolniej, ale bezpieczniej. Po jakims czasie samochody rozjeżdżają się w innych kierunkach, a my znów zostaje na czele kolumny.

Zbliżamy się do miasta, ale czas jest bezlitosny. Czuję jak przelewa się spokojnie, flegmatycznie jak kisiel, jak zahacza się w każdym z możliwych momentów. A dla mnie minuta dłużej, to wciąż męczarnia.

Trzydzieści kilometrów, dwadzieścia, pojawia się miasto. Dojeżdżamy. Miasto przechodzi w miasto w ciągu zaledwie kilku minut. Najpierw niemrawe, nieoświetlone osady, a po chwili już wielkie, pełne świateł i błysków osiedla. Bloki wielkiej płyty kłebią się tylko przez chwile. Po chwili widok zastępują nowoczesne markety.. salony samochodowe, biurowce. Wszystko lsni blaskiem szkła, stali i świątecznych dekoracji. Zaczynam być zaskoczony. Mijamy estakady, kilkupoziomowe, podobne do tych w Tokyo. Jestem jeszcze bardziej zaskoczony, choć jak najbardziej pozytywnie.

 

Po chwili pojawia się miasto. Pojawia się nagle, zupełnie znikąd. Nawet nie zauważam że się już pojawiło, dopiero po jakims czasie, kiedy robi się jasno. Wszystko lsni tysiącami światłeł na budynkach. Kolorowe neony, latarnie, swiatła domów. Domy ciągną się w nieskończoność przed nami. Jasne, wysokie, na wzór modernistycznych kamienic. Ulica jest niesamowicie szeroka, ma kilkadziesiąt metrów, trzy pasy jezdni, pasy zieleni, podwójne pasy chodników i dopiero pasy domów. Czuję ten posmak Nowej Huty, ale nowa huta, to przy Petersburgu mała i szara wioska. Nawet plac centralny jest w jakiejs mikroskali w porównaniu do tego co tutaj widzę. Czuję się cudownie, odzywam. Już nie pamiętam zmęczenia, nie pamiętam drogi. Jest przed 22, a wydaje się jakbym wlasnie się obudził. Przejeżdżamy potężne rondo z łukiem tryumfalnym. Samochody mijają nas, całymi szeregami. Tysiące ludzi przewijają się po ulicach. Mija pięć, dziesięć minut, my jedziemy wciąż prosto, cały czas w kierunku centrum, a miasto nie mija, jest tak samo fantastyczne, a może nawet jeszcze większe. Zatapiam się cały w tym co widze. A widzę nic innego niż to czego uczyłem się z podręczników do urbanistyki, teorii budowy miast z przełomu modernizmu. Nic poza tym, że nikt mi nie powiedział, żebym zobaczył Petersburg, jeżeli chcę rozmawiać o miastach. Może mi nikt nie powiedział bo nikt nie widział,..z osób które mnie uczyły. A może ktos zapomniał o tym wspomnieć.

 

Jedziemy, a fantastyczna ulica ciągnie się wraz z nami. Nie chce błądzić szukając hotelu, który jest gdzies prawdopodobnie w korytarzach ulic. Zatrzymuje się przy pierwszej napotkanej taksówce. Pytam się o miejsce i proszę żeby nas tam zaprowadził. Taksówkarz niechętnie, ale w końcu się zgadza. Wyjeżdża swoim starym fiatem i z piskiem opon wpada pod koła innych pojazdów. Nikt jednak nie trąbi, wszystko odbywa się płynnie. Ruszamy. Staram się nie przypominać sobie ludzi, którzy opowiadali jak fatalni są kierowcy w Rosji. Po prostu jadę. Potok samochodów wiruje w światłach nocy, wszystko wydaje się dosc naturalne, jakby normalne. Przejeżdżamy przez kolejne skrzyżowania, ulice, mosty nad kanałami. Mijamy kolejne łuki tryumfalne i budynki, które mam ochotę zobaczyć z bliska. Przejeżdżamy przez kolejne rondo i przez kolejne skrzyżowanie. Widzę jak taksówkarz czasami zapomina, że ja nie jestem tutejszy. Widze jak przyspiesza, cisnie gaz przed czerwonym światłem, omija przechodniów na pasach niczym pionki na szachownicy. Staram się zanim nadążyć, jechać podobnie, trzymac rytm, ale nie zawsze jest to możliwe.

 

Mija kilkanaście minut i dojeżdżamy na miejsce. Hotel rzeczywiście schowany jest w jednej z bocznych ulic w ścisłym centrum miasta. Sami nie mielibysmy szansy znaleźć go o tej porze. Jestem zmęczony. Płacę, parkuję. Obsługa jest wyjątkowo nie miła. Zanim zaparkowałem musiałem zrobić awanture. Na nikim jednak to nie zrobiło wrażenia, choć chyba zaczęli pracowac trochę szybciej. Niemiłe wrażenie, a hotel przecież czterogwiazdkowy.

 

28 Grudzień 2007

 

Budzę jest. Ciemność. Jest ciemno i wydaje się ze nic się nie zmieniło. Patrzę na zegarek. dochodzi dziesiąta. Wstaję i czuję jak zmęczenie przelewa się przez mnie, z jednej strony ciała na drugą. Niby nic, ale już czuję tę podróż. Zwłaszcza wczorajszy dzień. Biorę długi prysznic zastanawiając się gdzie jestem i po co tu przyjechałem. Takie mysli przeplatają się na zmianę ze wspomnieniami z wczorajszego dnia. Wszystko mieszka się z kroplami wody i spływa szybkim strumieniem. Odpływa.

 

Sniadanie. Elegancka sala, ładnie podane jedzenie i niemiła obsługa. Tak najkrócej można opowiedziec o atmosferze w cztero gwiazdkowym hotelu. Może następnym razem zamówimy pięciogwiazdkowy, drinki będą jeszcze droższe, ale może chciaż obsługa będzie miła.

Przeglądamy menu. Wydaje się bogate, choć jak przychodzi do wyboru czegos konkretnego to nie można się zdecydować. Pod tym względem najlepiej było chyba w Izraelu i to nie w żadnym hotelu ale w zwyczajnym schronisku młodzieżowym. Kuchnia była fantastyczna, jedzenie przepyszne i ogromny wybór. W Eilacie, nad morzem czerwonym.

Biorę jakies ryby kilka plastrów wędlin, cos jeszcze. Jest smaczne, ale chyba się uprzedziłem do tego miejsca.

 

Wychodzimy. Sankt Petersburg. W końcu po tylu latach jestem tutaj, gdzie tak bardzo chciałem przyjechać. Miasto, które powstało od zera, powstało z wizji jednego człowieka i pracy milionów. Miasto rewolucji. Miasto gdzie ginęły miliony podczas wojny. I miasto w którym wlasnie wyszedłem z hotelu.

Jest paskudnie. Pada mokry snieg z deszczem. Ulice są pełne błota. Ja natomiast płonę miłością do tego miasta. Nic chyba nie jest w stanie zakłócić mi odbioru tej rzeczywistości.

Idziemy w kierunku Nevy, potężnej rzeki przepływającej przez sam srodek tej metropolii. Nasz hotel jest w ścisłym centrum. Przeciskamy się więc prawie wąskimi ulicami pełnymi kamienic, przesuwamy się wolno zachwycając się prawie każdym budynkiem. Podobnie jak Ołpin we Wrocławiu, jak Kazimierz w Krakowie, ale wszystko odremontowane, jasne, kolorowe jakby wlasnie zbudowane. Rozglądam się wokoło i nie mogę znaleźć żadnej starej kamienicy. Znajduję jedną własnie w trakcie remontu. Poza tym wszytsko w jak najlepszym stanie.

Otwieram szerzej oczy mijając kolejne ulice. Niby wszystko wygląda normalnie, jak wszędzie, ale w tym wszystkim widać większą skale, widać myslenie od góry, całościowe planowanie, a nie histeryczne narastanie miasta, chaotycznie powstawanie. Tutaj ulice prowadzą w konkretnych kierunkach; osie, dominanty, wieże kosciołów. Idziemy coraz śmielej, coraz odważniej, jakby odkrywając kolejne stopnie wtajemniczenia. Mój obraz miast które widziałem wczesniej zaczyna rysować się jak obraz krzywego zwierciadła. Wszystkie niekonswekncje, nieprzemyślane ruchy, domy postawione ze strachem; tego wszystkiego tutaj nie ma. Obraz który widzę przed sobą, to obraz miasta idealnego, tak w kontekście historii, jak i pewnie dzisiejszym. Nie jest to Tokyo, które na tle Petersburga wygląda jak futurystyczna metropolia z zza 300 lat. Tu jednak człowiek czuje się w pełni człowiekiem. Nie czuję się nanomaszyną posrodód milionów nanomaszyn, innych maszyn większych i mniejszych, bardziej lub mniej rozumnych. Tutaj czuję się człowiekiem, czuję się indywidualny, normalny, zupełnie jakbym był naturalną kontynuacją architektury.

W porównaniu do Tokyo Petersburg wygląda jak domek dla lalek. Kapiące z elewacji ozdobry, marmurowe posągi, piaskowe portale; wszystko jawi się jak przerysowany, przeskanlowany tort. Wszystkie budynki jakby oblepione pianą, w formie lukrowanej. Tylko dla czego ja się czuję dobrze? Dlaczego tego nie zauważam, nieświadomie brnąc coraz dalej, dlaczego zachwycam się przebrzmiałymi formami, które już są przeszłe i nigdy wiecej nie będą wskrzeone?

 

W końcu dochodzimy no Nevy. Rzeka jest potezna, jest piękna, majestatyczna. Woda rozlewa się zimowym chłodem w granicach wszystkiego co widać. Jedynie niewielkie mosty, niczym delikatne nici rozpościeraja się między brzegami. Jest przenikliwie zimno. Właściwie nie tyle nawet zimno, co mroźno. Wiatr wzmaga uczucie chłodu, rozwiewa krawędzie płaszcza, wciska się w rękawy. My jednak nie myslimy o tym. Sycimy się widokiem, który tak niewiele ma wspólnego widokiem które mam na co dzień.

Patrzę wokół, probojąc ogarnąć wzrokiem wszystko. Slady kamienic po drugiej stronie rzeki, portowe dźwigi, potężne stalowe konstrukcje mostów. Rzeka nie jest zamarznięta. Woda płynie ciemnym strumieniem ku morzu; zabiera ze sobą również nasze spojrzenia.

Idziemy dalej, idziemy coraz szybciej. Zupełnie jakbyśmy chcieli połknąc jak najwięcej. To w końcu jeden dzień, może trochę dłużej, aby cieszyć się miastem, które wygląda jak miasto.

Kolejne przestrzenie otwierają się na nas. Kolejne panoramy, perspektywy, iglice jako dominanty i budynki, których nie można przegapić. Pałac Zimowy zostaje po na lewym brzegu, a my przechodzimy przez most. Tu wiatr jest silniejszy, ale tym przyjemniej stawiam mu opór. Na jednym z przęseł staję twarzą w kierunku wody. Zimny wiatr uderza mnie w twarz sprawiają że chwieję się na boki. Nie uciekam jednak, nie schodzę mu z drogi. Stoję i patrzę. Pewnie podobnie jak tysiące przede mną i tysiące za mną. A jedyne co widze to przecież tylko dzieło ludzkich rąk, które z bagien stworzyły ludzką przestrzeń, jak najbardziej poprawną i zgodną ze swoimi potrzebami. Tysiące ludzi które poswieciło swoje życie dla budowy widoków, których nie byli w stanie docenić. Tysiące ludzi jak mrówek, przemieszczających się zagajnikami pełnymi błota z kamieniami na plecach. I wszystko co zbudowali to klatki pełne szklanych ekranów, aby podglądać życie swoich sąsiadów w podobnych klatkach; idea dla idei.

 

Mija jakis czas. Już nie idziemy. Siedzimy w restauracji na pokładzie statku przycumowanego gdzies na brzegu. W zasadzie to już nie statek, ale już bardziej jego atrapa. Za oknami rozciąga się  panorama drugiego brzegu. Wysokie rozciagnięte nabrzeże. Za nim pas kamienic, jakies wieże. Wszystko w podobnych pastelowych kolorach. Mniej wiecej jakbym patrzył na osiemnastowieczny obraz. Tylko ludzie bardziej szary, może zwyczajni. Zamarznięte zarzeka wbija się tuż pod same okna. Patrzę jakis czas na wron, które walczą o kawałek chleba. Czarne pióra kontrastują z bielą wokół. Wszystko jest nierealne, nie tak realne jak kiedys. Wydaje się jakby wczesniej to co przezywałem prawdziwsze. Albo nie tyle prawdziwsze co bardziej nasycone, jakby miało większą wartosc emocji, jakby dostrzegał wiecej, albo nie dostrzegał wszystkiego od razu; dzieki czemu, wszystko przezywałem głebiej. Mam wrażenie jakby teraz wszystko było przeszywane wzrokiem od razu; jakby poszukiwanie tych prawdziwych rzeczy trwało zaledwie chwile, jedno spojrzenie i już wiem; bez emocji, bez zastanawiania się, bez przemyśleń. To jakby doświadczenie w oglądaniu swiata; im więcej się już widziało, tym wiecęj nowych bodzców się potrzebuje; co jednak gdy miejsca które wydawały się, że te bodźce mają, tak naprawdę są puste? proste?

Takie siedzenie w zawieszeniu w bezczasie i bezmiejscu czyli w każdym czasie i każdym miejscu ma w sobie cos nieocenionego. Jeszcze nie dawno siedzieliśmy tak w Tokyo, patrząc na panoramę Rainbow Bridge. Teraz siedzimy tutaj patrząc na Neve. Tego wszystkiego co jest pomiędzy już jednak nie pamiętam. To tak jakbym przeskakiwał z jednego miejsca, do innego, przy czym położenie tych miejsc nie ma większego znaczenia. Wszędzie tak samo, to patrzę, przyglądam się, kontempluje swoje położenie. To ja wciąż patrzę, a ludzie, mieszkańcy tych miejsc które odwiedzam, przesuwają się wciąż na nowo, aby uatrakcyjnić mi widok.

To jednak było by chyba wyjatkowo fantastyczne móc zobaczyć swiat bez ludzi. Taki czas, kiedy pozostało wszystko co ludzie zbudowali, ale ludzi już nie ma. Taki czas, kiedy nasz byt na ziemi jako istoty materialne i duchy się skończył. Taki czas, kiedy można było by z perspektywy pustki poznać to co stworzyliśmy – to nic, to całkowicie zaprzeczenie form i mysli. Kiedy już nie było by tej dwoistości kultury, tumanów śmierci rozpostartych wszędzie tam gdzie stawiamy swoje nogi. Gdzie z jednej strony głosimy piekne mysli o równości i uczciwości, aby w każdym momencie począwszy od wczesnego dzieciństwa udowadniać innym swoją wyższysć; jako ludzie, jako zwierzeta; jako zlepy atomów które są całkowicie przypadkowowymi formami, nietrwałymi, ale przecież jak bardzo trwałymi.

                      Patrzę wciąż na to miasto, gdzie było chyba więcej śmierci niż życia. Przyglądam się ulicą które zbudowano z kosci tych którzy orali pola i karczowali bagna wokół. A potem w czasie rewolucji, ale także i przed nią, krew płynęła stumieniami. Z drugiej strony skoro tak wiele jest wokół śmierci i przyzwolnienia dla śmierci, nie wiadomo dlaczego jest ona tak bardzo skrywana; traktowana jak cos nieistniejącego, cos gorszego. Wydaje się jakby były czasy w których ludzie pozbywają się nabytych zahamowań i stają się tak utopijnie zli jak tylko można to sobie wyobrazić. Zupełnie jakby był czas który pozwala ludziom robić rzeczy które tkwią głęboko w podświadomości; jak te mysli które mamy tysiące razy podczas dnia, o mordowaniu, wyłuzdanym seksie, swojej wyższości; jakbyśmy tworzyli alternatywne rzeczywistości w których możemy zobaczyć się w innych rolach, gorszych, lub takich które wydają się nam gorsze. A przecież tak naprawdę to nie są inne rzeczywistości, to cały czas jestesmy my; cały czas w tych samych ciałach; czy wiec w dogodnym czasie, jestesmy sklonii być wlasnie tacy jak w tych projekcjach?

 

                      Przechodzę przez bramę i już po chwili jestem na dziedzińcu Ermitażu. To tutaj bardziej niż gdziekolwiek indziej chciałem się zjawić.To miejsce jest warte tego aby jechać tylko specjalnie do niego. To miejsce w mojej głowie stało się już legendą, a dzisiaj jestem wlasnie tutaj.

Człowiek nie zastanawia się na wartością swiata sztuki, tak długo jak nie obcuje ze sztuką. Pojawiając się w takim miejscu jak Ermitaż można dopiero zrozumieć czym jest kultura, miejsca, wielkość swiata; potęgę mysli ludzkiej i chyba przede wszystkim czas jaki minął od kiedy pojawiliśmy się na tej planecie.

Przesuwam się coraz szybszym krokiem po przestronnych salach. W jedej sekundzie widzę greckie rzezby, egipskie sarkofagi i osiemnastowieczne malarstwo. Jestem dopiero na parterze, ale już wiem, że mógłbym tu spędzić tydzień, miesiąc; jedynie kontemplując to co widze.

Po kilkunastu minutach muszę się zatrzymać. Staram się zatrzymac mysli; jakby ułożyć jakis plan; ułożyć plan zwiedzania, albo sposób. W tych gablotach jest tak wiele elementów, tak wiele bodzców, że nie jestem w stanie skupić się na zwiedzani; wszystko wiruje; moje mysli; obrazy które widziałem w ksiązkach, a teraz widze na żywo; rzeźby; gracja; Rzym; sredniwiecze.

Sale Ermitażu są dziełami sztuki samymi w sobie. Może te sale bardziej niż cokolwiek innego wpływają na mój nastrój. Bogate, zdobione nie tylko sufity, ale również sciany; gabloty, odrzwia i okiennice; to nie jest zwykły przepych i bogactwo, to cos wiecej; to najwyższa jakość wzornictwa i wykonania; to pokłon dla lat które ludzie spędzili na wykończeniu tego obiektu, bo przecież wszystko tutaj jest tworem pracy ludzkich rąk; zadnych maszyn, robotów, etc.

Przechodzę przez kolejne sale. Wiem, że za chwile już będę  zbyt zmęczony aby isc dalej; staram się więc isc na tyle szybko, aby przejść jaknajwiecej; ale jednoczesnie zatrzymuje się przed wieksoscią obrazów; wszystko jest nie tylko fantastyczne; ale dodatkowo w liczbie której nie mogłem się spodziewać. Obrazów jest tak wiele ze nie mieszczą się na ścianach. Spadają ze ścian, krzyczą ze ścian o to aby je sciągnąc i zabrac ze sobą do domu. Bo tam choć będę samotne, to jednak będę kontemplowane, docenione; bo tutaj w tej masie tysięcy obrazów, nikt ich prawie nie zauważa; a jeśli zauważa to jedynie przez chwile, biegnąc podobnie jak ja przez kolejne sale; pragnąc ukrasc wszystko jednym spojrzeniem.

           Zgubiłem się w natłoku bodzców. To nie tylko malarstwo holenderskie, siedemnasty, osiemnasty wiek; to nie tylko szkoła rzymskiego baroku; to przede wszystko to co cenię najbardziej, wczesny renesans, ze swoim utopijnym, ale jakościowo nienaganym widzeniem swiata. I teraz ja, podobnie jak wszyscy przede mna patrzę na te rzeczywistości; kreowane przez pijaków; alkoholików życia; ‘artytów’ roznosicieli syfilisu i wszystkich innych chorób ludzkości; umysłowo niestabilnych ale przecież geniuszy sztuki; którzy życia spędzili ma malarstwie, na doskonaleniu wlasnego postrzegania swiata, aby potem jakby wszyscy inni zamienić się żyzną glebę.

           Po wyjsciu zostaje nieposkromiony niedosyt. Tego niedosytu już prawdopodobnie nigdy nie uda mi się zaspokoić. Bo przecież wlasnie opuszczam największe muzeum sztuki nowożytnej na swiecie. Największe i najpiękniejsze zarazem. Nigdy nie uda mi się zaspokoić tego głodu, który poczułem dzisiaj; i wiem że zawsze będę wracał w chwilach zwątpienia do tego miejsca, gdzie w pod jednym dachem zgromadzono wszystko co sprawiło, że swiat został poruszony, a ja mogę wyrażać swoje mysli w sposób nieskrępowany.

 

           Na ulicach zwyczajni ludzi. Zwyczajni ale w jakims sensie prawdziwi. Daleko im do tej cynicznej indydidualnosci zachodu; przekornej w rozumieniu swoich praw, egzystencji i wscheobecnej konsumpcji. To właściwie już nie idywidualnosc, to anyindywidualnosc, to wyrażenie swojej zakażenia namiastką kultury, która już nie jest kulturą ani niczym innym. Wlasnie wyszedł z miejsca gdzie zgromadzono prace kilkuset indywidualistów, myślicieli, niezadko filozofów, architektów. To życia ludzie, których życiorysy pełne są wyborów, pełne wydarzeń, prawdziwości. Tutaj mijam ludzi którzy wciąż akceptują swoją zwyczajność, normalność. A tam, tam gdzie żyje, gdzie jestem, tylko ten ipod jako wyraz ‘indywiualizmu’, białe słuchawki które nie oznaczają nic więcej niż złoty łańcuch na piersi ‘dresiarza’; tudzień niedbale choć starannie zaczesane włosy, siwe pasemka, wystylizowane porowate materiały ubrań. I tylko patrzeć na tę indywidualność jeszcze można, bo słuchać się nie da. Bo kiedy słysze rozmowy o gofrach, ciągnące się długimi godzinami, przestaje wierzyć w przyszłość indywidualistów; kiedy czytam o bestsellerach napisanych tylko po to aby je promować jako bestsellery; kiedy widzę reklamy uwłaczające również mojej godności… wszystko trzeba sprzedawać. Nic poza tym nie istnieje.

A tutaj mijam ludzi pozbawionych tego wszystkiego. Czasem tylko przemknie facet w skórzanej kurtce wykreowany na ‘mafioza’. Ale czy kreacja przekłada się na akcje, tego już nie wiem. Pozostali mają na twarzach wypisane codzienne życie; mają wypisane normalne zachowanie w społeczeństwie; takim które jeszcze jest normalne. Bo w końcu dojdzie do momentu gdzie nawet tutaj nie będzie normalnsoci; gdzie komsumpcaj pochłonie wszystko nawet samą siebie; ludzie nie będą rozużniali swoich potrzeb, od potrzeb które im wtłoczono do głowy; nie będą czuli się wartościowi, inaczej jak tylko przez te potrzeby. Bo przejcież to już jest nie daleko. Każdy chce poczuć się jak na osławionym zachodzie. Widziałem to w Ammanie, widzę chwilami tutaj; może nawet nie widzę; ale czuję; gdzies między wystawami sklepów, między tłumem podążających w róznych kierunkach; jeszcze nie dzisiaj, nie jutro, ale przecież w przyszłości.

Może dlatego podróżowanie robi się złudne. Podróże już nie dają tych wrażeń co kiedys. Im swiat dłużej trwa, tym bardziej upodobnia się do samego siebie. Wszystko z chaosu dązy do jednorodności, lub odwrotnie, z jednorodności do chaosu. Ale w  obydwu kierunkach będzie przecież wyglądało tak samo – nijako – ale tak samo.

Zazdroszcze tym podróżnikom z przełomu wieków; tym którzy musieli nosić ze sobą swoje namioty; tym którzy przyjeżdżali do miejsc, gdzie nigdy nie było nikgo; gdzie człowiek był tylko człowiekiem lokalnym; przedstawicielem gatunku zyjącego od pokoleń w jendym miejscu z lokalnym językiem, tradycją, zachowaniem. I chciąż zjadano podróżników, zjadano ich przecież przede wszystkim z szacunku, aby zabrać cząstkę; ich doświadczenie, wartości. A dzisiaj.. czym jest podróżowanie które zamiast uczyć, rozpieszcze; bo gdziekolwiek człowiek się poruszy widzi te same produkty, te same obrazy, słyszy te same dźwięki. A lokalne tradycje, o ile udało im się przetrwać, nie niąsą w sobie nic poza niemożnością ich zrozumienia, bo zostały tylko obrazami, nie są już wiecej prawdziwe, nie ma ich, podobnie zresztą jak już nie ma nas – podróżników.

 

Przyszedł zmrok. Miasto zmieniło się w wibrujący potok ludzi. Wyszedł z hotelu i zostałem wciągnięty w jego srodek. Biegne, przesuwam się jakby zupełnie siłą innych; jakbym sam tylko poddawał się tej fali. Ludzie poruszają się, niemal biegną, wszyscy wydają się zupełnie niezaintersowani miejscem, oni strają się po prostu przemieszczać, podobnie jak w Tokijskim metro. Ludzi tylko się przemieszczają, bez świadomości przystanków.

W chwilach kiedy potok ludzi rzednie, staram się przyklejać do filarów, do znaków drogowych, wiat przystanków. Schroniony za nimi robie zdjęcia; zatrzymany, ale ciągle w biegu, ciągle podążając w tym kierunku co wszyscy. Przyglądam się twarzom, oczom, głowom, przyglądam się poszukując czegos wiecej niż sam rozumiem; tego jednak nie ma, niczego nie dostrzegam poza potrzebą przemieszczania. Może powinienem wejsc z innymi w interakcje, może powinienem zrobić jakis ruch, aby zostać zauważonym, może wtedy miał bym szanse cos zauważyć. Nie robię tego jednak; jestem tu tylko chwile; dosłownie chwile; moja interakcja nie miała by sensu, podobnie jak ich heroizm rozmowy ze mną/ próba wyskoczenia z własnej codzienności.

Czasami mam żal do samego siebie, że nie tworzę mozliowsci do głębszego poznania, że zadowalam się poznaniem powierzchownym, pozornym wręcz. Żałuje, że jest czas, który wylicza chwile spędzane w miejsca; żałuje że nie jest odwrotnie i to nie chwile wyznaczają miejsca; tam gdziebysmy chcieli być. Bo przecież najtrudniejsze w poznawaniu inności jest znalezienie odpowiennej ilości czasu, aby stać się innym; tylko to jest barierą dla poznania. Nie mając czasu, nie można niczego poznać. Nie oferując czasu ze swojej strony, nie można oczekiwac że ktos odwazy się nam go zaoferować. A przecież wszyscy chcielibyśmy zostać poznani; a co niektórzy z nas chcieliby jeszcze poznać.

 

 

29 Grudzień 2007

 

Przechadzam się między półkami hipermarketu. Przyjemnie, prosto i zupełnie tak samo jak wszędzie. Może tylko market jest większy niż w Blefascie, noi ten wybró produktów, zwłaszcza z ryb. Przebieram między dziesiątkami gatunków kawioru. Nie mogę się zdecydować. Ta mnogość jest powalająca. U mnie w markecie, tylko jeden kawior a i tak nie wielu kupujących. A poza te ryby. Wędzone, potężne cielska spoczywają na półkach niczym wołowina, patrzą na mnie przyjemnie świeżymi oczami. Ja patrzę na nie. Biorę tylko niewielkie kawałek z tego na co chciałbym się zdecydować. Nawet to co zabieram to zbyt wiele żeby zapamiętać. Te smaki są tutaj tak dużo bardziej przyjemne, pełne i dopracowane przez nature. Te które z nam ze swojej codzienności sprawiają ze jedzenie kurczy się tylko do przykrego obowiązku; niestety. Dla zmysłow pozostają marzenia.

 

Droga. Szara i mokra od topniejącego śniegu. Jest duży ruch i ciężko uzyskać jedną prednosc. Co chwila ktos staje, ktos rusza. Potok samochodów to zwalnia to przyspiesza. Po jakims czasie jest już tylko droga. Nie istnieje nikt ani nic poza nią. Znów tylko swiat za szybami przypomina, że jest cos poza nami. Szarość, monotonia.

 

Mineły godziny. Przjechalismy prawie 400 km. Wydaje się jakby nic się nie zmieniło. Widok za oknem wciąż taki sam. Tylko zrobiło się ciemniej, już prawie trzecia. Droga jest pusta, w zasadzie nie ma nic poza chałupami rozstawionymi rzadko po obu stronach. Czasem w jednej można zobaczyć nikłe światło. A. spi. Ja jade i zastanawiam się czy miałbym odwagę isc do którejś z tych chałup prosić o pomoc gdyby cos się stało. Mam wrażenie że ten piędzisięciokilometrowy odcinek drogi do granicy to jakas trauma. Jakby była to czesc mrocznej gry komputerowej, gdzie nie do końca wiadomo czy to my polujemy na bandytów, czy raczej oni na nas. Wszystko pokrywa się zmierzchem.

 

Mijaja kolejne godziny. Zrobiło się ciemno. Granica, miasta które mijaliśmy już wczesniej; wydaje się, że już je znamy, ale tylko się wydaje. W gąszczu ulic gubimy drogę i błądzimy jakis czas w jakims miasteczku. Potem droga odnajduje się zupełnie sama; już nie wiemy czy to sen czy wszystko dzieje się naprawdę.

Z nastaniem wieczoru wszystko pokryło się bielą mrożnego powietrza. Kilka razy zatrzymuję się po drodze. Wysiadam i patrzę w niebo, oddycham gęstym świeżym powietrzem. Jestem już zmęczony, ale mimo to czuję błogi stan ukojenia. Jakbym rodził się po raz kolejny.

Patrze na niebo i nie mogę nadziwić się swojemu zdziwieniu. Widziłem już je tyle razy, pamiętam że w dzieciństwie dużo czesciej niż teraz, ale za każdym razem mam w sobie to samo pragnienie, aby dowiedzieć się co tam jest. To wiecej niż pragnienie, to jak potrzeba podróżowania, przemieszczania się, poszukiwania wciąż nowych bodźców. To jak potrzeba ciągłego rodzenia się na nowo; wewnętrzny imperatyw, siła która rządzi nami a my nie mamy na nią wpływu; więcej, nie rozumiejąc jej istnienia, nie dotrzegajac jej jestesmy tylko marionetkami w teatrze zdarzeń które tylko w niewielkiej czesci sami kreujemy.

Po raz kolejny robię to mając nadzieje, że w przyszłości czesc moich genów już w jakims innym człowieku będzie miała okazję zakosztować tej wolności emigracji z ziemi; nie jako kosmiczny pył zdmuchniety w p[przestrzeń ale jako świadomość; w takiej czy innej formie, bo przecież ciało jest jedynie maszyną, podobną do tych które sami zaczęlimy produkować; o wiele bardziej zaawansowaną, ale wciąż maszyna. Natomiast świadomość jest wolna, jest nieokreslona i nieskrępowana w podążaniu scięzką rozwoju. Te świadomość, swoją świadomość chciałbym pewnego dnia, wysłać w przestrzeń, aby stawiła czoło temu co od zawsze fascynuje ludzi, ale jednoczesnie tego, czego tak naprawdę nie jestesmy w stanie zgłębić.

A może odwrotnie, może jestesmy. Może podróż przez wschechswiaty przez całe dziesiątki świetlnych lat jest możliwa. O ile uda nam się stworzyć świadomość, która będzie podróżować w formie nie wymagającej ciała. Może podróże świadomości staną się na jakims etapie po prostu możliwe; czym wtedy będzie życie? Czym wtedy będzie utrata zycia? Kiedy pojednyńczy rok, sto lat nie będzie już miało znaczenia; kiedy rozwój będzie liczył się nie w wartości ogółu ludzkości, ale będzie przeliczany na każdą pojedyńczą jednostkę. Kiedy bogactwo przestanie mieć znaczenie i kiedy uczucia przestaną mieć znaczenie,.. bo przecież czy ktos może wyobrazić życie z kims innym przez wieczność?

A po chwili przemyśleń, opadam; najpierw powoli, potem wraz z przenikliwym chłodem coraz szybciej. Tak że już po chwili biegnę do samochodu; wsiadam i odjeżdżamy dalej.

 

Potem kolejne miasta. Czas mija, dochodzi 10, a właściwie 9 uwzględniajac zmianę czasu. Już straciłem rachunek, już nie wiem która dokładnie jest godzina, podobnie jak nie mam pojecia, jaki to dzień. Na przedmieściach Kaunas widzę jakis hotel. Zatrzymuję się. Pytamy o pokój, jest. Bez chwili namysłu zostajemy.

Jestem tak zmęczony, że jedyne co sprawia mi przyjemność to wódka z barku. To jedyne co jeszcze daje mi energię, jedyne poza snem. Ale jeszcze nie teraz; zdecydowaliśmy się na kolacje, zmęczeni, na wpół wykończeni drogę wleczemy się na dół do restauracji. I tylko świadomość faktu, ze smak ryby którą zaraz zamówię zrekompensuje mi trud, to jedyne co pcha mnie dalej.

 

30 Grudzień 2007

 

Dzień budzi się powoli do życia. Wydaje się jakby swit ciągnął się w nieskończonosc. Jakby dzień rozpoczynał się cały czas, ciagle na nowo, przez kilka kolejnych godzin. To co widzę, to swiat przymrużony przez ciemność nocy i delikatne poranne mgły. Poruszamy się szybko, droga jest prawie pusta. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów mija bardzo szybko. Nawet nie zauważam, kiedy zaczynami zbliżać się do granicy. Tu jednak niewytrzymuje i zatrzymuje się na poboczu. Fascynują mnie te widoki. Wydają się takie znajome, takie naturalne dla mnie. Wszystko wokoło wygląda podobnie, niewielkie pagórki porośnięte zeszłoroczną trawą lub zaorane na nowy rok. Gdzieniegdzie kępy drzew, starych, nie karczowanych od pokoleń i te skupiska chat. Wydaje się jakby były wyspami, rozłożonymi bez żadnego ładu pomiędzy polami. Stoją po trzy po cztery, niewielkie, ale w całości sprawiające wrązenie solidnych, odremontowane, kolorowe. Wydają się przyjemne. Do wszystkich prowadzą jasno piaskowe drogi. Piaskowe od razu od brzegu drogi, prosto z asfaltu.

Stoję jeszcze chwilę i patrzę. Wydaje się jakby próbował się oszukać, że przecież stąd pochodzę, jakby chciał powiedzieć, tak pamiętam te fragmenty lasu, tu mieszkał mój dziadek a tam stała chata. To wyjatkowo przyjemna forma oszukiwania siebię. Stoję jeszcze chwile, połykam ostatnie spojrzenia. Może gdybym miał ze sobą skrzynke piwa, jakiegos przyjaciela do rozmowy, nie wyjechałbym dzisiaj nigdzie indziej. Może dojechalibyśmy do kolejnego wzgórza, aby tam w spokoju dopić piwo, a potem połozyć się twarzą w kierunku nieba i patrzęc w rozgwieżdżone niebo. A niebo jest na Litwie wyjatkowo rozgwieżdżone.

 

                                                                       

31 Grudzień 2007

 

Budzę się. Przez długi czas nie wiem gdzie jestem. Hotele, droga, poranki i wieczory w miejscach oddalonych o tysiące kilometrów. Budzę się, ale nie wiem czy się obudziłem. Wydaje się jakbym leżał w bezczasie, jakbym płynął a przede mną i za mną było nic. To jak dryfowanie, jak półsen, jak odwrotność rzeczywistości, która zawsze ma swój początek i koniec i nigdy się nie zatrzymuje. A ja jestem w stanie w którym nie ma początków ani końców, w którym nie ma nic, poza faktem istnienia mojej świadomości. To nie jest jak sen, to również zaprzeczenie snów; bo przecież sny podobnie jak rzeczywiwstosc mają swoje początki i końce, a to co odczuwam jest inne. I dopiero po jakims czasie wszystko wraca, przede wszystkim poczucie czasu.

Ktos nauczył nas czasu? Kto wpoił mi jego upływ, nie tylko przemijanie, ale świadomość, że dni mijają? Dni, godziny i minuty. Całe moje życie uzależnione od faktu istnienia czasu, wartości, która faktycznie nie istnieje. Zmiany które zachodzą w świadomości, stare mysli do których nie da się wrócić, wiec może czas jednak istnieje? Może jest namacalny i codzienny, a ja po prostu nie potrafię się do niego przyzwyczaić? Bo jak mam spokojnie zyć, ze świadomością, że wszystko mija, kończy się lub zaczyna się, ale nigdy nie jest stałe, nigdy się nie zatrzymuje, nigdy nie zwalnia, ani nie daje chwili oddechu.

Czym jest więc ta chwila w której dryfuję, jeżeli nie takim oddechem? Tylko dlaczego tak panicznie próbuje powstać, dobudzić się za wszelka cenę.

 

Potem już tylko droga. 2000 kilometrów do domu, miejsca w którym mieszkam.

 

 

 

Radosław Żubrycki 2008

 

 

 

Tekst jest oryginalnym dziełem autora. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone.

Wszelkie publikacje, całości lub fragmentów  bez konsultacji z autorem będą

traktowane jako naruszenie praw autorskich i majątkowych.

 

_______________________________________________________________________________

 

 

 

 

Tekst jest oryginalnym dziełem. Prawa autorskie i majątkowe zastrzeżone. Wszelkie publikacje jedynie po konsultacjach z autorem. rad_zubr@yahoo.com  www.radoslawzubrycki.com   www.cattonii.com   2010